Natałka Babina. Naprykład, vaźmi kata…
Apaviadańnie.
— Naprykład, vaźmi kata, — zapatrabavaŭ jon kateharyčna.
— Kudy vaźmi? — nie zrazumieła ja.
— Nie kudy, a kuda, — pavučyŭ jon mianie. — Nada havaryć pravilna.
Ja kiŭnuła. Pravilna dyk pravilna. Vučyvučy. Što mnie da ciabie i tvaich słoŭ, sizy bomž? Nie dziela taho ja sychodziła z domu, kab źviartać uvahu na sizaha bamža.
Syšlisia na noč na stancyi ŭ Ratamcy — nu, pasłuchaju pra kata.
Za ścienami śvistaŭ sivier. Praź dźvie hadziny, u try nočy, stancyju zakryjuć, i da piacitryccaci, da pieršaj elektryčki, pryjdziecca siadzieć na vulicy.
— Vaźmi kata, — praciahvaŭ jon nastojvać. — On idziealna pryspasoblen k žyźni v usłovijach črezvyčajnava haspodstva čiełavieka nad pryrodaj!
Ja nie vielmi prysłuchoŭvajusia.
Jak ciabie tam kličuć? Valancin? Vitalij? Vitaju i vinšuju! Cudoŭnaje imia, jakim by jano ni było. Jašče paŭtary hadziny nam možna być u stancyi, i treba maksimalna nazapasić ciapło. Bo zavirucha na dvare, i ciapło spatrebicca. Tamu viaščaj, ja nie sydu.
— Abrati vnimanije, kak ustrojeny jevo usy. Eto idziealnyj pielenhator, katoryj…
Kot čarotavaj maści, jaki staŭ niepasrednaj pryčynaj natchnionaha śpiču Valancina / Vitala (ja bačyła, jak jon upotajki dastavaŭ čarniła z rukzaka), nie mohučy bolš tryvać błoch, mocna i enierhična pačuchaŭsia. Sumieŭsia niahžečnych pavodzinaŭ. Skruciŭsia ŭ kłubočak u kutku pad batarejaj, schavaŭ pysku ŭ łapy. Bačyć ničoha nie choča, čuć ničoha nie čuŭ.
Ty viaščaj, viaščaj, Vitalij.
Bo nam treba žyć nadalej.
I krucić treba piedali,
Kab nie pamiarci.
Zamiataje sivier dali,
My ničoha nie čakali,
Choć nikoli nie źviartali
Ź viernaha puci.
Prabačcie. Niedarečna.
Vieršy treba pisać abo hienijalnyja, abo nijakija.
Oj.
Milicyjanty!
Hetaha jašče…
Małady lejtenant adździaliŭsia ad patrula i nakiravaŭsia ŭ naš bok.
Ja napružyłasia.
Kudy tut biehčy, kali što?
«Uchoditie. Sčas budiet opieracija po začistkie ot bomžiej, — lejtenancik stajaŭ śpinaju da nas i havaryŭ niahučna. — Poniali, niet? Uchoditie, i podalšie».
Dziakuj tabie, lejtenancik. Nam dva razy paŭtarać nie treba. My zmylisia adrazu ž. Kot, idealna prystasavany da žyćcia va ŭmovach panavańnia čałavieka, zastaŭsia pad batarejaj čakalnaj zały stancyi Ratamka.
Padalše uchadzić — heta kudy?
Vidać, lepš za ŭsio dalej ad čyhunki. Čyhunka — Ajčyna dla bamžoŭ. Kali milicyja tut pravodzić apieracyju, to treba kiravać padalej ad čyhunki. Byvaj, Ajčyna!
Ad Ratamki darohi iduć u roznyja baki: na Astrašycki Haradok, na Rakaŭ, na Viazynku…
Pa adnoj ź ich ja i pakročyła — dalej ad čyhunki. Viejaŭ sivier. ValancinVitalij paciahnuŭsia za mnoj.
Pad ranicu, zmučyŭšysia vyciahać nohi sa śniehu, my pryjšli da mety — da Astrašyckaha Haradka, Viazynki, Rakava, u zaležnaści ad taho, jakuju b darohu my vybrali.
Ciapier tre było dumać, jak uładkavacca tut, nam, dvum bamžam, u sercy Biełarusi, udalečyni ad čyhunki.
Raźvidniałasia. Dymy padnimalisia da nieba. Pačynałasia ranišniaje žyćcio, i ja da jaho pryhladałasia. Kudy tut pajści, dzie abahrecca Natalcy dy prymknułamu da jaje Valancinu\Vitaliju? (Chalera, tre ŭžo pierapytać jaho imia.)
Pryhožaje biełaruskaje miastečka. Z tradycyjami. Damy na pahorku kosa siadziać radami. Tam voś, zdajecca, krama. A voś škoła — šykoŭnaja! O, zdajecca, heta prybudova — kacielnia. Mo tudy? Kačahar — siabra badziahi. Heta ja vam z dośviedu kažu.
U kacielnaj było ciopła, i nas navat napaili čajem. Ale dali zrazumieć, što doŭha zastavacca tut my nie možam — nastavaŭ čas školnikaŭ.
I my sabralisia dalej — kudy daroha zaviadzie.
Školnikaŭ užo padvozili. Z čornaha vializnaha džypa, jaki viała dama, vyhruziŭsia tłusty chłapčyska. Dama pajšła za im — pravodzić. Na hanku pacałavała chłopca, i toj źnik za dźviarmi, jakija adčynialisia aŭtamatyčna. Spuskajučysia z hanka, dama paśliznułasia. Nie ŭpała, ale abcasu — kaniec. Dastała z kišeni mabilnik:
— Eto mama Stasa Ivanova. U vas krylco nužno niemiedlenno poriemontirovať. Ja na niem kabłuk słomała. Niet, vy nie poniali. Ja mama Stasa Ivanova. Da. Da. Vsieho dobroho.
Nie viedaju, chto šturchnuŭ mianie pad ruku, ale ja vystupiła vpieried.
— Iźvinitie, hospoža Ivanova, nie mohli by vy dať mnie tielefon na minutku, mnie nužno pozvoniť?
Nie viedaju čamu, ale madam Ivanova, pilna zirnuŭšy na nas ź Vincentam (tak, akazałasia, jaho zavuć), praciahnuła mnie svoj daražezny aparat. Ja nabrała numar Varvarki.
— Docia, eto ja. Zvoniu tiebie s čužoho mobilnika, poetomu ja bystro. Ja pozdravlaju vas s Novym hodom. Vsie normalno?
Hołas Varvarki zaspany, ciopły…
— Mamačka, heta ty?! Mamačka, dzie ty?
— Docia, jak ty? Jak Vasia? Jak tata?
— Mamačka, usio narmalna. My vielmi ciabie čakajem. Kali ty vierniešsia?
— Vsio, docia, ja nie mohu bolšie hovoriť, mnie nado viernuť mobilnik. Pokapoka. Ciełuju.
— Mama, mama, pasłuchaj…
Ja nacisnuła knopku z zakreślenym telefonam.
Viarnuła telefon madam Ivanovaj i skazała «spasibo». Taja kiŭnuła i na złamanym abcasie paskakała da mašyny. Praz chvilinu abiarnułasia i praciahnuła mnie aparat znoŭ:
— Vam zvoniat, otvieťtie.
Ja pakačała hałavoj.
— Skažycie, čto mienia užie niet poblizosti.
Nie, docia, nie dla taho ja sychodziła z domu, kab viarnucca, miłaja…
Da abiedu my ź Vincentam adyšlisia da inšaha miastečka. Na pahorkach kosa siadzieć radami damy. Z tradycyjami miastečka. Dzie tut škoła?
Pa darozie nam nasustrač išoŭ chłopčyk. Raniec za plačyma, karatkavatyja rukavy palito, abutak, ablepleny śnieham.
— Malčyk, hdzie tut škoła?
— A voś, — pakazaŭ jon rukoju na stary, jaŭna jašče polskaha času, draŭlany budynak udalečyni.
— A kacielnaja tam jesť?
— Jość.
Chłopčyk pajšoŭ dalej.
Praź niejki čas ja abiarnułasia. Nast adbivaŭ śviatło i ślapiŭ vočy. Pa raskatanaj pustoj darozie išoŭ chłopčyk na svoj chutar.
A voś. Jość.
Avoś jość jašče nadzieja.
My ź Vincentam pajšli hrecca.
Pałasatyja katy ŭ pałosku, plamistyja katy ŭ plamy siadzieli na štakiecinach płatoŭ. Jany maŭčali.