Kanstancin Kasiak. Harełačka
Abrazok pra nacyjanalizm.
Viasieńnim viečaram, paśla pracoŭnaha dnia, ja niaśpiešna išoŭ u kino. Na dvare było ciopła, i sonca voś-voś źbirałasia schavacca za haryzontam. Da pačatku sieansa było jašče ščat času, tamu ja vyrašyŭ pa darozie zajści ŭ kramu pa maroziva.
Raptoŭna z arki akurat pierad mnoj vyskačyli dva mužyki: adzin vysoki, druhi nizki. Apranutyja jany byli ŭ pracoŭnaje. Samyja zvyčajnyja budaŭniki. Jak bolšaść hramadzianaŭ našaj krainy jany abmiarkoŭvali ukrainskija padziei:
— Nie mahu zrazumieć, — kazaŭ vysoki, — čamu ni Rasija, ni Jeŭropa, ni Amieryka nie supakojać hetych benderaŭcaŭ, jakija žyć nie dajuć narmalnym ludziam ŭ Kijevie. Zusim razyjšlisia!
— Aha, — padtakvaŭ mały, — jany ž ŭžo i Viarchoŭnuju Rady taho.
— Taho-nie taho, a ja naohuł nie razumieju, jak možna być nacyjanalistam! Lubym! Nacyjanalizm — heta ž krajniaja stupień dehradacyi asoby! — skazaŭ, jak adrezaŭ, vysoki i jany zajšli ŭ kramu. Mnie stała cikava, i ja pajšoŭ za imi. Mužyki adrazu ž skiravali ŭ vina-vodačny.
— Dzievačka, mileńkaja, što z harełački siońnia jość ajčynnaj? — padlizvajučysia, spytaŭ u pradavački mały.
- Siońnia tolki hrodzienskaja, — biez asablivych emocyj adkazała nie zusim užo maładaja tłustavataja pradaŭščyca.
— E nie, my ž z Bresta, hrodzienskuju pić nie budziem! Davaj što inšaje! — hołasam zakanadaŭcy pastanaviŭ vysoki budaŭnik.