Pra žančyn i volu
Maleńkaja ŭtopija, naviejanaja Dniom žančyn.
Heta była nievialikaja pryvatnaja kramka. Na pryhoža aformlenych palicach nie było vidać tannaha vina, zusim nie pachła starym sieladcom ci jašče niečym marskim, što adrazu ŭrazajecca ŭ nozdry, kali pierastupaješ paroh takich kram. Na prazrystym škle ladoŭni z tortami i roznakalarovymi pirožnymi byŭ prylepleny simpatyčny malunak taŭstuna z ružovymi ščokami i napisana vialikimi litarami: «Łasunki».
Pierada mnoj ŭ čarzie šykoŭnaja błandzinka ŭ sabalinym paŭfutry:
— Mnie, kali łaska, dva funty kiłbasy i z paŭfunta syru «Radzivił».
— Vam zaharnuć, spadarynia?
— Tak, budźcie tak łaskavy, kali Vam nie składana, i jašče, kali łaska, tuzin landrynak
— Kali łaska, šanoŭnaja. Z vas 3 talery i 25 dukataŭ.
Pradavačka aściarožna padała zapakavanyja ŭ bliskučuju papieru pradukty žančynie ŭ futry. A taja pieradała talery z vyjavami Janki Kupały i
— Tak, heta dyrektarka kampanii «Vietraź». Z kim maju honar? Ach, heta Vy, spadar Zabłocki! Nie, kantrakt pa pastaŭcy vadkaha myła jašče nie padpisany…
Ja stajaŭ i z raskrytym rotam łaviŭ kožnaje słova i kožny ruch šykoŭnaj damy ŭ sabalinym paŭfutry, ad jakoj la pryłaŭka zastaŭsia tonki i pryjemny pach darahoj parfumy. Žančyna źnikła za dźviaryma kramy.
Biełazubaja pradavačka, vietliva ŭśmichajučysia, źviarnułasia da mianie:
— Što Vam, paničok?
Ja razhubiŭsia. Nie viedaŭ, što skazać i nijak nie moh uciamić, dzie ja znachodžusia i što mnie patrebna ŭ hetym miescy. Hledziačy na vietły tvar maładžavaj žančyny za pryłaŭkam, tolki łypaŭ vačyma.
Pradavačka vietliva paŭtaryła znoŭ:
— Što Vam, paničok? Sałodkaha žadajecie ci niečaha horkaha? — skazała jana, matnuŭšy hałavoj u bok palicaŭ z ałkaholem. — Śviata ž nieŭzabavie — Dzień Voli…
Ja pračnuŭsia ad ździŭleńnia i ŭ chałodnym pocie. Na žal, heta byŭ tolki son. Davoli dziŭny i niečakany son. Zdajecca, usio dobra. Adno… nie zbyŭ jašče ŭsich bied: mnie śniacca sny ab Biełarusi!