Pamiatajecie cudoŭny vierš Samuiła Maršaka, jaki my ŭsie prachodzili ŭ škole? Jak junak uratavaŭ maleńkuju dziaŭčynku z połymia? «Iŝut požarnyje, iŝiet milicija...»
Mnie było vosiem hadoŭ, kali ja, pračytaŭšy vierš, zakachałasia ŭ hetaha junaka, jaki nazaŭsiody staŭsia dla mianie symbalem mužnaści.
Ja ŭžo ŭśviedamlała svaju prynaležnaść da žanočaj pałovy čałaviectva i na svoj ład maryła ab kachańni. Ja była ŭpeŭniena, što, kali vyrastu, abaviazkova sustrenu hetaha dužaha chłopca. Ź im prajdu praz usie niahody, usiaho damahusia, ab čym tolki maru, lubuju viaršyniu zavajuju. A kali ja stamlusia, zaŭsiody pobač budzie hetaje plačo, da jakoha možna prytulicca. I ŭsio žyćcio ja čakała, šukała, vyhladała jaho. Kolki razoŭ zdavałasia — heta jon, i ja składała da jaho noh usie skarby svajoj dušy! I kožnaje rasčaravańnie pakidała čarhovuju ranu na sercy.
Prajšło žyćcio, a hetaja sustreča tak i zastałasia niaspraŭdžanaj maraj. Usie viaršyni daviałosia zavajoŭvać u adzinocie, choć byccam i adzinokaj nie była. Zvališsia, byvaje, ad pieratamleńnia, ale ničoha, adlažyšsia — i napierad.
A jak hlanieš navokał, dyk bačyš, što takich, jak ty, duža bahata! Dastatkova ŭspomnić abvał pierabudovačnaha času, kali aŭtobusy z «tarbešnikami» jechali ŭ Polšču. Tre było niejak stočvać kancy z kancami, dziaciej stavić na nohi. I kolki, vy dumajecie, było mužčyn u tych strašniutkich aŭtobusach? Čałaviek piać—siem. Na 35 pasadačnych miescaŭ. Dyj z tych my śmiajalisia, hledziačy na ichnaje niedarečnaje handlavańnie: našto jechaŭ i što žoncy pryviazie, kali nie «prasychaje». Viadoma, byli i vyklučeńni, ale tolki jak vyklučeńni.
Kali ja sustrakaju maładych muža i žonku i jana niasie na rukach čatyrochhadovaha chłopčyka, apranutaha ŭ zimovyja boty i kurtku, a muž pobač idzie ŭlehcy, ja razumieju: u hetaj maładzicy nie adzin chłopčyk, a dva. I kožnamu patrebna mamka, kab vycirać im sopli. Kali ja baču, jak u tralejbusie žančyna siarednich hadoŭ kłapatliva ŭsadžvaje svajho sastarełaha «hieroja», raśpichvajučy astatnich, i jon usprymaje heta jak naležnaje, mnie zrazumieła, što, niahledziačy na hady, heta taksama saplivy chłopčyk u karotkich štonikach z mamkaj.
Pobač sa mnoj pracujuć mužnyja žančyny, jakija na svoj nievialiki zarobak zmudrajucca «ciahnuć» navat dvuch vučniaŭ, a to j studentaŭ pry žyvym baćku. A toj paabiacaŭ paśla razvodu: alimentaŭ mieć nie spadziavajsia.
Ale chopić doŭžyć biaskoncyja prykłady sumnaha «hierojstva». Chaču źviarnucca da našych mužčyn. Daražeńkija, budźcie mužčynami! I nia tolki pad koŭdraj! U kožny momant žyćcia pamiatajcie — vy mužčyny! Nad usimi vami visić praklaty Edypaŭ kompleks. I pieraadoleńnie jaho — zakład i našaha, i vašaha ščaścia. Niadaŭna ja spytałasia ŭ adnoj znajomaj: «Ty ščaślivaja za svaim mužam?» Jana adkazała: «Ja nikoli pra heta nie havaru, ale ty spytałasia i ja pryznajusia: ja takaja ščaślivaja, što sama sabie zajzdrošču».
Mužčyny! Vy pavinny adsiekčy pupavinu psychalahičnaj zaležnaści ad dziciačaha stanu, i takich pryznańniaŭ, ja ŭpeŭniena, vy pačujecie šmat!
Halina Lumarava, Viciebsk

Kamientary