BIEŁ Ł RUS

Lavon Volski. Paparać-kvietka

8.02.2001 / 13:00

Nashaniva.com

№ 6 (268), 8 lutaha 2001 h.


Lavon Volski

Paparać-kvietka

apaviadańnie

Marjan Adolfavič spuskaŭsia ŭ lifcie. Pobač paskulholvaŭ jahony (chutčej žončyn, čymsia jahony) sabaka Rej, małady bakser. Marjan Adolfavič z paŭhadzinki jak viarnuŭsia sa svajoj abrydłaj raboty. Dziaržaŭnaje radyjo, sielskaja haspadarka, rucinnaja praca kančatkova ŭžo zadziaŭbli našaha hieroja. U svaje 40 jon dumaŭ adno pra toje, kab chutčej pralacieli hady, kab chutčej pensija. Žyŭ by na leciščy, u horad najaždžaŭ pa pravijant, pa nasieńnie. A tut, u hetaj kvatery chaj by žyli žonka z dačkoj. Kvateru jany atrymali 15 hadoŭ tamu. Dobry rajon, centar, praspekt... Nibyta i lubiŭ jon hetuju chatu, pryzvyčaiŭsia da jaje za doŭhija hady, ale tak užo dastała jaho pastarełaja žonka svaimi štohadzinnymi patrabavańniami j pretenzijami dyj jejnaja (nibyta nie jahonaja) dačka, va ŭsim salidarnaja sa svajoj mamaju, što Marjan Adolfavič hatovy byŭ kinuć usio zaraz ža, kali b tolki nadaryłasia mažlivaść. Jakaja mažlivaść? Pensija, voś jakaja. Inšych varyjantaŭ Marjan Adolfavič nie ŭjaŭlaŭ. Bo jahonaje žyćcio było padparadkavanaje štodzionnaj schiemie, i hetaja schiema nie dazvalała, naprykład, zakachacca ŭ maładzieńkuju supracoŭnicu ci zajmieć adziulter z haspadyniaj radyjnaje stałoŭki Aniaj i cieraz hetuju akaličnaść kinuć siamju. Abrydłaja praca ŭsio ž prynosiła niejkija hrošy i davała jakojeści, nibyta pryvielijavanaje stanovišča ŭ miascovaj hijerarchii — supracoŭnik dziaržaŭnaha radyjo.

Z raboty jon pryjšoŭ napadpitku. Nie, nia duža pjany, źlohku padpity. Heta było jahonym narmalnym stanam. Bo chadzić pa zvykłych da bolu radyjnych kalidorach štodnia, pisać niejkija, byccam by prablemnyja materyjały, aśviatlać žyćcio biełaruskich kałhasaŭ, paletkaŭ i sadoŭ bieź dziažurnych sta piacidziesiaci ŭ abied i sta paśla raboty nie ŭjaŭlałasia mahčymym. Marjan razumieŭ, što heta prosty šlach da alkahalizmu, ale, maŭlaŭ, los skłaŭsia tak... Nu nia moh jon sabie admović u hetym štodzionnym dopinhu, dziakujučy jakomu jahony tvar azyznuŭ, a vočy zajmieli “stomleny ad žyćcia” vyraz. Zrešty, takich, jak jon, cichich vypivochaŭ było tam, na hetaj pracy, bolej za pałovu. Zvyčajnaja praktyka.

I voś jon vyjšaŭ ź dźviarej padjezdu j pašybavaŭ dołu, u nievialiki, dosyć pryhožy park. Tam usie vyhulvali svaich sabakaŭ, moładź raśpivała piva, traplalisia parački. Jašče nižej park pierachodziŭ u niedahledžany husty zaraśnik. Marjan Adolfavič lubiŭ špacyravać z sabačkam jakraz tam, pry sažałcy, dzie było ciemnavata, zmročna j biaźludna. Čas ad času jon sustrakaŭ tam svajho susieda Ryhora, vysokaha zdarovaha mužyka siaredniaha vieku. Ryhor rankam i ŭviečary rabiŭ prabiežki, a potym zajmaŭsia na snaradach. Svaim mahutnym kruhłym azadkam jon nahadvaŭ Marjanu Adolfaviču jahonaha vajskovaha siaržanta, jak toj stajaŭ pierad šeraham: “Rańśśmirna!”, — i zdavałasia, što jahonaje ch/b zaraz łuśnie pa švie.

Tolki Marjan Adolfavič padumaŭ pra Ryhora, jak hruvastkaja fihura ŭźnikła z-za drevaŭ. Ryhor pracavaŭ instruktaram u niejkaj achoŭnaj kantory, štodnia zajmaŭsia, kab nia stracić formu, mieŭ zdarovy koler tvaru, adnačasova ŭpeŭnienyja j nierazumnyja vočy, mocna raźvityja nadbroŭnyja vyhby i vajaŭničyja kavaleryjskija vusy.

Paraŭniaŭšysia z Marjanam Adolfavičam, Ryhor, kab nie spyniacca, nie hublać tempu, pabieh na miescy.

— Zdaroŭ, Marjan.

— Pryvitańnie, — Marjan Adolfavič nie lubiŭ hutaryć z Ryhoram, nadta toj byŭ “dubovy”, dyj razmovy ŭsie byli adnolkavyja:

— Kak działa? — badziora, biehučy na miescy, spytaŭsia Ryhor.

— Dy što ŭ mianie moža źmianicca... Jak zaŭždy.

— Ty, kstaci, Adolfavič, naprasna pjoš kožny dzień, — zaŭvažyŭ Ryhor. — Tak i śpicca možna. U mianie vot byŭ kak-ta piaryjad, jak mianie ŭvolili z armii, dyk toža piŭ silna. Tak uziaŭ žaž siabie ŭ ruki. Čaho i ciabie žyłaju.

— Dy kolki ja tam vypiŭ, — skryviŭsia Marjan. — Šklanku jakuju...

— Šklanku siońnia, šklanku zaŭtra, hladziš — i ŭžo alkaholik. Nie, praŭda, zaviazyvaj, sasied, načynaj sportam zajmacca. Biary prymier ź mianie! — Ryhor znoŭku zarahataŭ.

— A što jašče rabić, — zvykła pačaŭ narakać na los Marjan Adolfavič. — Nudna ŭsio, abrydła, dzień u dzień adno i toje ž.

— A patamu što nie pastaviŭ ty sabie celi ŭ žyźni. I vot usie vy tak. Niama k čamu stramicca vam, vot u čom usia biada.

— A ty da čaho imkniešsia?

— Nu kak da čaho? Vot stanu dzieputatam, zadam žaru hetym usim prachindziejam!

— Jakim? — panura zapytaŭ Marjan.

— Nu, hetym, što akapalisia ŭ pravicielstvie. Mnie b toka tudy dabracca. Usio by pierakraiŭ. Any ž tam ničoha nia słyšać, nia znajuć. Siadziać tam pa dziesiać let. Užo tak dalaki ad naroda, jak my da Łuny.

— Aj, znoŭ ty hetuju svaju pieśniu zavioŭ. Nadakučyła ŭžo. Chto ciabie tudy voźmie! Zabudźsia ty na heta. Dyj adukacyja ŭ ciabie sam viedaješ jakaja...

— Dyk što z taho! Adukacyja! Zato ja tałantlivy i žyvu čajanijami našaha naroda, a nia ličnaj vyhadaj. I vot uvidziš, Marjan, kahda-nibudź ja stanu prezidzientam! A ty jeśli nie pastaviš sabie vysokuju cel, to sapjošsia, vot uvidziš! Davaj! — i Ryhor irvanuŭ pa zarosłaj ściažynie, śvieciačy svaim mahutnym siaržanckim azadkam.

“Varjat”, — zvykła j stomlena padumaŭ Marjan Adolfavič i zahłybiŭsia ŭ zaraśnik. Sabačka Rej paniuchaŭ kamiel dreva, niezadavolena čchnuŭ i padniaŭ nahu.

Stupajučy siarod paparaci, Marjan Adolfavič ujaviŭ siabie za horadam, u lesie... Niedzie pobač Marjanaŭ dobraŭparadkavany katedž, dzie jość usio nieabchodnaje dla žyćcia, a ciapier jon vyjšaŭ u hryby... Nie, nie ŭ hryby, prosta prachadzicca, padychać lesam... Stop! Što heta za chalera?!

Pasiarod zaraśniku paparaci punsavieła ładnaja, bolšaja za vialikuju ružu kvietka! Marjan kinuŭsia da jaje, uvažliva ahledzieŭ ściabło. Tak, heta, biezumoŭna, zaćviła paparać. Ale jana nia moža ćviści! I tut da Marjana dajšło: jon znajšoŭ Paparać-kvietku!

U mazhoch lichamankava źmianialisia słovy, vobrazy, uryŭki z pračytanaje kaliści litaratury. “Ščaście, radaść, luboje žadańnie, jak Załataja rybka... Ale jak žadać? Kazać usłych ci samomu sabie? I kolki žadańniaŭ vykanaje? Ci prosta zanieści dadomu, pastavić u vadu? Ci adkapać z koraniem, pierasadzić doma ŭ harščok? A žonka, durnica hetaja? Nie, dadomu kali nieści, dyk schavać, kab nichto nie znajšoŭ. I ŭsio ž taki, jak žadać? Jak farmulavać toje, čaho ty chočaš? A čaho ja chaču? Ja chaču spakojnaha žyćcia na pryrodzie... Ci jašče parypacca, nažadać sabie hrošaj, ułady? Kab hety hałoŭny redaktar i samy hałoŭny šef prynižalisia pierad taboju. Poŭzali na kaleniach... Vo była b karcinka! Treba padumać. Nia treba śpiašacca”.

Rej padbieh da kvietki, paniuchaŭ jaje, čchnuŭ, uzvyŭ i kinuŭsia preč.

“Razumieje niešta”, — padumaŭ Marjan.

Urešcie jon vyrašyŭ ničoha siońnia nie vyrašać, maŭlaŭ, usio adno małavierahodna, što da ranicy kvietku znojduć. A ŭranku jon pojdzie na špacyr z Rejem i... i niešta zrobić.

Unačy Marjan Adolfavič nia spaŭ. Jon varočaŭsia j dumaŭ. Roznyja varyjanty, jak rasparadzicca niečakanym ščaściem, krucilisia ŭ jahonych zapalenych mazhach. Prychodzili absurdnyja, śmiełyja, niečakanyja dumki: “...Kinu ŭsio, pajedu ŭ Kanadu ci, moža, lepiej budu vandravać, śviet pabaču... A moža, zamović sabie viečnaje žyćcio? Hledziačy kolki žadańniaŭ... A jak ža vyznačyć kolkaść ichnuju? Usio adno kvietku treba sarvać. Bo inakš dastaniecca kamu inšamu. Jakomu kazłu”. Jon tak i nia zdoleŭ zasnuć. A siomaj (chacieŭ raniej, ale pabajaŭsia vyklikać padazreńni ŭ žonki) padniaŭsia, uziaŭ Reja i, namahajučysia iści, jak zaŭždy, nietaropka, pakiravaŭ u bok parku.

Voś i zaraśnik. Paparać, paparać, paparać... Kvietki nie było. Miesca znajomaje, Marjan špacyruje tut štodnia, pamyłka vyklučanaja. Kvietka była tut. Jašče ŭčora ŭviečary. “Ja spaźniŭsia, — ahałomšana hučała ŭ Marjanavaj hałavie. — Jak zaŭždy, spaźniŭsia. Jašče ŭčora ja moh zrabić sa svaim losam usio, što pažadaju, a ciapier... čakaj pensii, niebaraka!”

Vypiŭ jon z ranicy. Parušyŭ svoj kodeks. Ale harełka nia brała, usiu śviadomaść zapoŭniła ciomna-šeraja biaskoncaja skrucha. Marjan Adolfavič panura ciahaŭsia pa kalidorach radyjo, zrešty, nichto nie zvažaŭ na jaho, jak i zaŭsiody.

— Marjanie! — raptam pačuŭ jon.

Heta kryčaŭ jahony hałoŭny sa svajho kabinetu. Marjan Adolfavič melanchalična j panura prasmaktaŭsia ŭ dźviery.

— Što treba?

— Ty mnie kiń heta “što treba”! — hałoŭny byŭ badziory, navat zanadta. — Bolše žyźni, Marjan! Pojdzieš siońnia na zadańnie.

— Jakoje jašče zadańnie? — mlava pacikaviŭsia Marjan Adolfavič.

— Siońnia prezydent ahučvaje novuju pastanovu pa sielskaj haspadarcy. Revalucyjnyja źmieny! Pojdzieš aśviatlać.

Na stale ŭ hałoŭnaha lažała razhornutaja hazeta. Zahałovak niešta kryčaŭ čyrvonymi litarami pra źmienu kursu, revalucyjnyja źmieny, žorstki dziaržkantrol dy inšuju łuchtu. Pad kryklivaj čyrvańniu źziaŭ partret prezydenta. Marjan pachisnuŭsia j ledźvie nia hrymnuŭsia dołu. Padniaŭšy vočy, jon ubačyŭ na ścianie nad hałoŭnym redaktaram taki samy partret u załatoj ramačcy — šyrokija plečy, vajaŭničyja kavaleryjskija vusy, znajomy ŭpeŭnieny j nierazumny pozirk z-pad mahutnych vyhbaŭ...

“Dyk voś kamu ty dastałasia!” — padumaŭ Marjan.

“Chutkuju, chutkuju!” — usio cišej hučała niedzie pobač, i Marjana prahłynuła sinie-čornaja, z redkimi pamarančavymi ŭsploskami, bahna.

 


Čytajcie taksama:

Kamientary da artykuła