Ja maryŭ stać parašutystam
Nasamreč jany źbili pakul adzin tolki pavietrany šar i strašenna hanaracca.
***
Adnym časam ja maryŭ pra parašuty. Skakać z samalotnaha luka ŭ ciemru. Dahetul nia viedaju, ci zdoleŭ by zrabić krok napierad, u pradońnie, ci adčuvaŭ by siabie ŭ svajoj talercy ŭ pavietry. Maja adnaklaśnica, jakaja była ŭ mianie zakachanaja, pajšła ŭ aeraklub, moža, kab davieści nam abaim svaju zdatnaść. Jana sama pryznałasia, kali pryjaždžała da mianie ŭ vojska. Bo ja kazaŭ joj, što łunać z parašutam — dla mianie spakuślivaja mara. Siońnia jana navučaje chłopcaŭ nie bajacca skakać. Chłopcaŭ, jakija prychodziać słužyć u litoŭskaje vojska. Jana kapitan ci, moža, užo major. Prynamsi, mieła kapitanskija adznaki, kali ja bačyŭ jaje apošnim razam.
Tak, ja nie skazaŭ jašče, što maje školnyja hady skončylisia ŭ ciapier niezaležnaj krainie, u Litvie. Ale atrymałasia, što siońnia ja z paŭdniovaha boku miažy. Ja moh, moh, ja heta vyrazna uśviedamlaju — što moh by ciapier žyć z eŭrapiejskaha boku ad kalučaha drotu, za jakim jašče nia zdochła janyčarskaja navała. Roznyja połaŭcy, chazary ci saracyny. Ale los vypaŭ inšy, zusim inšy. Sapraŭdy, ci mała kim nam chočacca stać u dziacinstvie, padletkami, maładzionami, a vychodzić zusim inakš, žyćcio vyvodzić na svoj, časam niečakany šlach. Daroha moža być ubitym roŭnym haścincam, aŭtabanam, a moža vypaści bałocistaja puciavina z kupjom abo, naadvarot, hornaja ściažyna, kamianistaja, uzdoŭž ciaśnin. Pierapady temperatury, vyšyń, klimatyčnych umoŭ, niedachop kisłarodu ŭ razredžanym pavietry.
Usio žyćcio ja adčuvaŭ siabie na abmiežavanaj terytoryi, adasoblena. U peŭnym sensie ŭ fartecyi. Ale nie zaŭsiody. Časam — u lahiery. (Siońnia — chutčej u viežy.) Malenstva ŭ vajskovych haradkach za płotam. I tak było zaŭždy — štodnia abharodžany płotam, jaki ŭzmacniali šerahi kalučaha drotu. My, ścišyŭšysia, nazirali za niebam, za tym, jak z zaŭsiodnaha «kukuruźnika» vypadali čornyja kropki, uźnikali biełyja plamki, pieratvaralisia ŭ dźmuchaŭcy parašutaŭ. Dumaju, što kožny ŭ hetuju chvilu maryŭ pra parašut, tolki nie pryznavaŭsia. My padličvali sekundy svabodnaha padzieńnia, abaviazkova — kolkaść parašutaŭ, sačyli, kudy ich adnosić vietram. Było pryhoža. Parašutystaŭ zaŭždy skidali ŭ dobraje, lotnaje nadvorje: sonca, błakitnaje nieba, biełyja paduški abłokaŭ. Źnikała strakacieńnie niabačnaha prapelera razam z samalotnym abrysam. U poŭnym biazmoŭi parašutysty nabližalisia da ziamli.
Vajskovyja haradki za kalučym drotam na čužoj terytoryi, vartavaja vyška pobač z domam, žaŭniery z aŭtamatami. Raptoŭny zychod uzbrojenaj kalony dziela akupacyi jašče adnoj susiedniaj krainy. Strach nieabaronienaha žycharstva, čutki ab pryzabytym «dni iks», kali miascovaje nasielnictva napadała na haradki, na vartavych, na vajskovyja mašyny. Žyćcio, jakoje mieła na ŭvazie zaŭždy mahčymy napad. Bojaź niebiaśpieki. Lohki adrenalin.
Ja zachaplaŭsia filmami pra parašutystaŭ. Navat nie padazrajučy, što mnie nakanavana być na druhim baku. U tyja dni cełyja parašutnyja dyvizii z bojezapasam desantavalisia na čužyja harady i aeradromy. Supracoŭniki padpolnych radyjostancyjaŭ z ryzykaj dla žyćcia paviedamlali pra ruch akupacyjnaj armady, pra supraciŭ joj, pra achviary, zaklikali zabłytvać voraha, uvodzić u zman, źniščać darožnyja znaki, pakazalniki, mianiać ich miescami. Jany paviedamlali ŭkazańni ŭradu, jaki musiŭ pierajści na nielehalnaje stanovišča, paviedamlali pra chvalu abureńnia ŭ śviecie.
Ale mnie jašče było nieviadoma, što samomu daviadziecca paviedamlać pra tankavyja kalony, pra viartańnie čužynskich paradkaŭ. Heta było potym. A ŭ školnyja hady ja zachaplaŭsia parašutystami. Dziva što: zmałku ja hadavaŭsia pad «Marš avijataraŭ». Jaho krucili na roznyja śviaty, u vychadnyja ŭ klubie i asabliva časta — na spartovych spabornictvach, jakija dla armii — abaviazkovaja sprava. Svajoj bravurnaściu marš zdavaŭsia nie zusim savieckim. Niadaŭna ja daviedaŭsia, što jon byŭ nasamreč maršam luftvafe.
Siarhiej Astraviec