Chepi-end dla Čarnobyla
U trynaccatuju hadavinu Čarnobylskaj katastrofy my paviadziem hutarku pra kulturny kantekst hetaj padziei. Najčaściej jaje nazyvajuć trahiedyjaj. Nie zabyvajučy, što trahiedyja — heta jašče j aznačeńnie žanru, pračytajem Čarnobyl jak tekst i paraŭnajem jaho z tvorami Vasila Bykava i Ŭiljama Hołdynha. Narešcie, pasprabujem dačytać hety tvor da ŭdałaje raźviazki — da chepi-endu. Ci, prynamsi, ujavić sabie niejki vyjsny kaniec hetaj historyi.
Časam źjaŭlajecca takoje adčuvańnie, što ŭ nas u Biełarusi ŭžo skłałasia tabu na lubyja «advolnyja interpretacyi» paniaćcia Čarnobyl. Jaho niedatykalnaść nahadvaje niedatykalnaść śviatarnych karovaŭ savieckaha času — Lenina, KPSS, Kamunizmu. I dakładna jak i tady, hetaje tabu tym bolš žorstkaje, čym mienš samo paniaćcie źviazvajecca z kankretnym, efektyŭnym, ratavalnym dziejańniem i čym bolš za kulisami tabu robicca ŭsialakich tajemnych spravaŭ. Adzin daśviedčany ekspert skazaŭ mnie: Čarnobyl — heta niačysty biznes i niačystaja palityka. Trahičny patas Čarnobyla stanovicca ŭsio bolš nieprahladnym prykryćciom zhadanaha biznesu i palityki ad šyrokaha hramadztva...
Čamu dla paraŭnańnia i zrazumieńnia Čarnobyla ŭ siońniašniaj «NN» my abrali raman Uiljama Hołdynha «Vaładar much»? Čarnobyl ciažka nazvać lakalnaj katastrofaj. I ŭsio ž adbyłasia hetaja avaryja ŭ zamknionaj krainie, jakaja mała adroznaja ad niažyłaje vyspy ŭ Cichim akijanie. Tam naŭkoła vada, tut — žaleznaja zasłona: dziaržaŭnaja miaža, tatalitarnaja idealohija, administracyjnaja svavola.
Raman Hołdynha raspaviadaje pra epizod druhoj suśvietnaj vajny. Samalot z anhielskimi chłopčykami na borcie cierpić katastrofu na nievialikaj niažyłaj vyśpie ŭ Cichim akijanie. Vyratoŭvajucca tolki chłopčyki — ad šaści da dvanaccaci hadoŭ. Uvieś tvor — heta historyja ich vyžyvańnia. Spačatku jany sklikajuć schody i vyrašajuć trymać syhnalny ahoń na viaršyni hary. Potym pačynajuć palavać na śviniej. Apošni zaniatak, šał zabojstva i pach kryvi, pryvodzić ich da ździčeńnia. Z ułaścivaj padletkam niaŭstrymnaściu jany pieratvarajucca ŭ dzikunoŭ. Jany abrastajuć patłami, jany brudnyja, usio cieła ŭ ich — u zapiokach ad ranaŭ. Tvary razmalavanyja roznakalarovaj hlinaj. U rytualnym tancy jany niby vypadkova zabivajuć svajho raŭnaletka. Potym užo lahčej i śviadoma zabivajuć druhoha. Narešcie siarod ich zastajecca tolki adzin chłopčyk, jaki jašče maje ŭ sabie cyvilizacyjnyja stopary — Ralf.
Pierad samym finałam raman Hołdynha nahadvaje typovyja kancoŭki Vasila Bykava. Ździčełyja chłopčyki ŭčyniajuć abłavu na Ralfa. U ekstazie jany padpalvajuć uvieś vostraŭ. Paranieny Ralf vybiahaje da akijanu, jaki ciapier ujaŭlajecca adnačasova śmiarotnym sychodam i adzinym ratunkam. Patas apisalnika žyva prypaminaje bykaŭskuju «Abłavu», kali hałoŭny hieroj kidajecca ad zahonščykaŭ u dryhvu i parynaje ŭ joj, usprymajučy takuju śmierć jak paratunak.
I voś tut adbyvajecca samaje hałoŭnaje adroźnieńnie pamiž toj kulturaj i, moža być, cyvilizacyjaj, jakuju pradstaŭlaje Bykaŭ, i toj, jakuju pradstaŭlaje nobeleŭski laŭreat Hołdynh. U Bykava heta kaniec, u Hołdynha — praciah i paśla — chepi-end. Uciakajučy, chłopčyk Ralf nalataje z razhonu na čałavieka, jaki staić na bierazie. Heta kapitan u biełaj furažcy. Pałajučy vostraŭ byŭ zaŭvažany z krejsera i kapitan prypłyŭ u raźviedku.
— Dobry dzień, — kaža kapitan Ralfu.
— Dobry dzień.
— Darosłych tut niama? — Ralf kivaje. — U vas tut što, vajna? Abyšłosia biez zabojstvaŭ, spadziajusia. Niama miortvych ciełaŭ?
— Tolki dva. Ich źniesła ŭ akijan.
Śmierć aznačaje niezvarotnuju stratu. Zabojstva — niezvarotnuju vinu.
Ale niedaloka ad bieraha vidać vyrazny abrys krejsera. Kašmar skončyŭsia.
U Bykava krejsera — nie byvaje. Nie byvaje inšaj ziamli, nie byvaje paratunku. Ujavić sabie taki kaniec u Hołdynha, jak, zrešty i va ŭsioj zachodniaj maskultury vysokaha kštałtu, niemahčyma, tam heta ŭ lepšym vypadku ŭsprymałasia b jak niedaskazanaść, jak čysta techničnaja niedaroblenaść tekstu. I nia tolki ŭ kultury. U žyćci. Tam abaviazkova musić być praciah. Tut usio moža abarvacca na samym kašmarnym miescy. Jak Čarnobyl. Čarnobyl u našaj śviadomaści abarvany na samym kašmarnym miescy. Za 13 hadoŭ prapahanda papracavała dla hetaha na poŭnuju katušku — jak aficyjnaja, tak i apazycyjnaja. Čarnobyl — śmierć — radyjacyja — bieznadziejnaść — biespraśviećcie. Niama krejsera j nia moža być. Žyćcio ŭ pryncypie nia maje nijakaha sensu. Za XX stahodździe biełaruskaja ideja až vyviernułasia ŭsia ŭ hetkim mazachistyčnym paryvańni. Dušyli kamunisty, stralali niemcy, udaryła radyjacyja...
Było. Ale kab ža choć słoŭca da hetaha — pra toje, što žyć — varta.
Kab adčuć roźnicu, ja pasprabavaŭ mechanična prystavić da Bykava Hołdynhaŭ krejser. Ujavicie sabie, sielanin Roŭba, jaki ŭciakaje ad abłavy ŭ dryhvu, užo raźvitaŭsia z žyćciom, ale tut zusim blizka pačulisia streły — heta byli svaje, sialanie-partyzany, jakija zmahalisia suprać kałhasaŭ. Abo — sielanin Roŭba raźvitaŭsia — i tut vidmo anioła spuściłasia ź nieba i, śvietłaje j čystaje, padchapiła jaho na ruki, paniesła z saboju ŭ soniečnuju prastoru viečnaha ščaścia. Heta niapraŭda? Ale heta praŭdapadobna — u pieršym vypadku z punktu hledžańnia faktaŭ, u druhim — z hledzišča chryścijanskaje śviadomaści. My adstojvajem praŭdu žyćcia, ale sami ŭ žyćci myślim tolki katehoryjami praŭdapadabienstva. Myśleńnie paspalitaha čałavieka — heta nie analityčnaja zvodka hienštabu, a zaŭsiody — mastackaja litaratura. Mienavita tak my dumajem abo musim dumać pra svajo žyćcio, kab jano mieła sens i praciah, i praciah sensu. Našyja žadańni abaviazkova pavinny zbyvacca. Na ziamli ci na niebie. Inakš my pieratvarajemsia ŭ dzikunoŭ, u fizijalahičnyja arhanizmy, inakš nam sapraŭdy niama dla čaho žyć.
Ujavicie, kab hieroi bykaŭskaj «Vaŭčynaje jamy» pry kancy tvoru znajšli krynicu, jakaja b ich acaliła, i, umyŭšysia ŭ joj, pahladzieli na sonca i adzin na adnoha i padumali, što stali blizkimi ludźmi. Ci choć by i biez krynicy — navat pamirajučy ad chvaroby — adčuli miž saboj kreŭnaść. Była b zusim inšaja historyja. Vy skažacie — naciažka. A mnie dumajecca, što ŭ hetym i chavajecca prablema vyžyvańnia i čałaviečaha aptymizmu biełarusaŭ. Budzie novaje leta i novaje sonca, i ziemli ačyściacca, i vody ačyściacca, i ŭnuki adsielenych brahincaŭ viernucca ŭ svoj staražytny Brahin — padnoŭleny i pryŭkrasny, malaŭničy, tudy, dzie prajšło žyćcio dziadoŭ i baćkoŭ.
U hramadzkim uśviedamleńni Čarnobyla dakładna hetaksama nie chapaje krejsera, nadziei na chepi-end, uvohule nadziei. Čarnobyl padbiŭ žyćciazdolnaść nacyi nia stolki radyjonuklidami, kolki hetaj voś bieznadziohaj. Nacyja — u svajoj śviadomaści abkładzienaja niezrazumiełaj i absalutnaj pahrozaj — nijak nia bačyć ułasnaje budučyni. Zastajecca tolki marudna apuskacca ŭ ništo.
Cikava było b pačytać raman pra Čarnobyl zachodniaha aŭtara. Jakuju b kancoŭku prydumaŭ jon? Jaki moža być hety chepi-end dla Čarnobyla?
A moža ŭžo pozna? Moža, za trynaccać hadoŭ naš kinafilm raściahnuŭsia ŭ biaskoncuju mylnuju operu, a ŭ mylnych operach nie byvaje chepi-endu?
Adna fraza ŭ Hołdynhavym ramanie asabliva zapyniła ŭvahu. Nieprykmietnaja, na pieršy pohlad, fraza. Kapitan, ahledzieŭšy chłopčyka Ralfa i jahonych zahonščykaŭ — brudnych, zarosłych, pabitych, razmalavanych — kaža:
— Zdavałasia b, anhielskija chłopčyki — vy ž usie anhielcy, praŭda? Mahli b vyhladać bolš prystojna...
Pieraniesšy skazanaje na našyja realii i na Čarnobyl, ja adčuvaju zhadanuju cyvilizacyjnuju roźnicu. Tak nahadvajem my ŭsie tych biezdapamožnych sa svaim horam chłopčykaŭ-padletkaŭ. I kapitan kaža: zdavałasia b, biełarusy — vy ž usie biełarusy, praŭda?..
Paprok hučyć jak nadzieja.
Siarhiej Paŭłoŭski
Kamientary