Muzej hienacydu
U hety muzej my trapili vypadkova, špacyrujučy pa Vilni ŭ kampanii z maim rasiejskim siabram. Kapitalistyčna-nacyjanalistyčnaja Vilnia ŭździejničaje na mienčuka, jak narkotyk. Pačućcio eŭfaryi achoplivaje adrazu paśla pierasiačeńnia miažy. Pačućcio, jakoje možna paraŭnać z adčuvańniami viaźnia, jakoha niečakana vypuścili na volu. Bo niama vakoł strohaści stalinskich praspektaŭ, niedzie daloka zastalisia “słavianskija sajuzy”, a ŭ kožnaj kaviarni čakajuć mienavita ciabie. Ale najbolš majho siabruka ciešyć toje, što “iany tak nia lubiać rasiejcaŭ”.
Heta na samaj spravie ŭbohi saviecki stereatyp, jaki ŭ Miensku ja čuŭ stolki razoŭ, ledźvie havorka zachodziła pra Vilniu. Siabar spyniaje taksoŭku. “Voś bačyš, — kaža, — dla litoŭca dyk spyniŭsia b bližej na paru metraŭ. Nia lubiać jany rasiejcaŭ”. Kaviarnia, fajnaje piva, vializny stejk na talercy. A toj nie sunimajecca. “Nam niedakłali miasa. Nia lubiać rasiejcaŭ, praklatyja fašysty”. Pryhožaja aficyjantka chutka mianiaje stravy j uśmichajecca. “A łabusam chutčej padnosić!” — aburajecca siabra, aplatajučy stejk. Falklornaje tryjo zajhrała niejkuju tužlivuju litoŭskuju pieśniu. “Zaraz ja pierakładu jaje synchronna”, — kaža siabruk i pačynaje, staranna padrablajučy litoŭski akcent: “Ja ŭčo-ora pajšoŭ u les i złaviŭ tam maskala. Ja jaho zabiŭ, pavesiŭ na dre-eva, i ŭsia vio-oska radavałasia. Zrabi toje sa-amaje, i možaš śpiavać razam z na-ami”.
Za žartami my nie zaŭvažyli, jak apynulisia pierad ciažkimi dźviaryma ahromnistaha zmročnaha pałacu z šyldaju “Genocido auku muziejus”. Nia treba być palihlotam, kab zrazumieć sens nadpisu. Ale ja vystupiŭ hidam, patłumačyŭšy, što heta kolišni carski Pałac justycyi, kolišniaja Defenzyva, kolišniaje Hiestapa j kolišniaje KHB. Za dźviaryma siadzieli dźvie babulki, što łaskava pakazali nam leśvicu ŭ sutareńni. Dzie ad našaha žartoŭnaha nastroju nie zastałosia j znaku.
Ujavicie sabie doŭhija turemnyja kalidory, ź jarkimi lampačkami pad vysačeznaj stollu. U pieršym pakoi — stoł, telefony, aficerskija šyniali j kaškiety na viešaku. Dalej — šerah rasčynienych dźviarej u kamery. Ź pieršych krokaŭ pa kalidory mianie achapiła adčuvańnie, byccam i viaźni, i katy pakinuli turmu zusim niadaŭna. Bo nia vyvietryŭsia za hady litoŭskaj svabody asablivy turemny duch hetych padvałaŭ.
My byli adzinymi naviednikami strašnaha muzeju. Padarožnikami pa kolišnich kamerach. My siadzieli na žorstkich draŭlanych łožkach. Zazirali ŭ chałodnyja karcery. Zachodzili ŭ dušavyja. Macali miakkija hukaniepranikalnyja maty ŭ katavalni, dzie na viešaku ciapier raśpiataja čornaja ŭcichamirvalnaja kašula. Asabliva praniali vadzianyja katavalni. Pakoj maleńkaj kamery napaŭniaŭsia ledzianoju vadoj. A pasiaredzinie zastavałasia nievialičkaja žaleznaja vyspačka, kab tolki stać nahami. I nia treba čałavieku łamać kostki j vydzirać paznohci. Dastatkova začynić za im dźviery j čakać. Albo daść pakazańni, albo zvalicca, źniasileny, u vadu. Skančaŭsia kalidor zakrytymi ciažkimi dźviaryma, pieraniesienymi z turmy na Łukiškach.
Dziŭna było ŭśviedamlać, što turma jašče zusim niadaŭna, na našym vieku, pracavała na ŭsiu moc. Žyła, dychała, stahnała j łajałasia. I razam sa stracham sparadžała j kultyvavała ŭ svaich viaźniaŭ dy ŭ tych, chto prachodziŭ pobač, nianaviść da čužyncaŭ. Zusim niadaŭna. U 1987-m tut jašče siadzieli “palityčnyja”.
Skančałasia muzejnaja ekspazycyja novymi sutareńniami, u jakija viała leśvica sa šklanymi prystupkami. My spuścilisia ciesnym kalidoram u sklapienistuju zmročnuju kamoru. Padłoha ŭ pamiaškańni šklanaja. Pad aśvietlenym škłom lažać rečy — čaraviki, aŭtaručki, akulary. Stojačy pad nizkaj stollu j ahladajučy nadpisy pa-anhielsku j pa-litoŭsku, ja nijak nia moh zrazumieć pryznačeńnie hetaha sklepu. Pakul moj siabra nie patłumačyŭ: “Dzima, što ty nie zrazumieŭ? My ŭ rasstrelnym pamiaškańni. Voś bačyš trubu pad škłom? Heta kab kroŭ zmyvać. A rečy ŭ ciabie pad nahami, spadziajusia, sam zdahadaješsia čyje”.
U tym strašnym padvale “rasiejcy” rasstralali bolš za tysiaču čałaviek. I nia stolki kompleks viny za suajčyńnikaŭ apanavaŭ mianie ŭ strašnym padvale, kolki zajzdraść da litoŭcaŭ. Bo im nia treba šmatsłoŭnaj patryjatyčnaj patetyki, kab navučycca lubić Radzimu j svabodu. Dastatkova prajści ŭ składzie školnaj ekskursii pa prystupkach, jakija dla tysiačy tvaich bratoŭ byli apošnim šlacham. Kab užo nazaŭždy viedać, dzie svaje, a dzie čužyja.
Paśla toj katavalni niejak nam nie žartavałasia na temu nielubovi da rasiejcaŭ. Tolki na miažy, pabačyŭšy surjozny tvar našaha pamiežnika ŭ formie, što nie źmianiałasia hadoŭ sorak, siabra sumna pažartavaŭ. “Voś my i na radzimie. Tut tak, blin, lubiać rasiejcaŭ!”
Paśla Vilni Miensk uražvaje raskošaju padśvietlenych fasadaŭ. Uviečary jon vydaje na stalicu cełaj imperyi. I nazirajučy za natoŭpami bieskłapotnych maładych ludziej, što pjuć piva la pomnika Dziaržynskamu, abmiarkoŭvajuć navinki Internetu na vulicy Lenina, całujucca la budynku KDB, ja adčuŭ siabie raptam burklivym starym. Bo nia maju ź imi ni supolnych intaresaŭ, ni supolnych radaściaŭ. I nijak nie mahu ŭjavić muzej hienacydu za zichotkim fasadam KDB. “Ruskich jany sapraŭdy lubiać, — skazaŭ ja siabru, — tolki ruskich siabie. Bo ŭsie astatnija dla ich — “niaruskija”. Łabusy, čornyja, čučmieki, pindosy, vuzkavokija, pšeki. Dla ich my taksama “niaruskija”. Bo nie pa-rusku razhavaryvajem”.
“Nu j čaho ty hetym pierajmaješsia? — uśmichnuŭsia siabra. — Žyć možna j u leprazoryi. Hałoŭnaje — asabistaja hihijena”.
Źmicier Bartosik
Kamientary