Źmicier Bartosik
Urok Pamiaci
Nie zalubiŭ ja savieckich veteranaŭ jašče sa škoły. Z travieńskich urokaŭ Pamiaci, padčas jakich abčaplanyja ŭznaharodami, złasnatvaryja pychlivyja staryja niaścipła raspaviadali nam pra svaje podźvihi — štohod usio bolš fantastyčnyja. My, dzieci, adčuvali niaščyraść.
Adnak jość siarod veteranaŭ inšyja ludzi. Ludzi, jakija nikoli biez daj pryčyny nie havaryli pra svajo hierojstva. Taki moj susied Alaksiej Piatrovič – miły čałaviek, viasioły havarun, stały čytač “NN” i słuchač “Svabody”, jaki štodnia robić la našaha padjezdu “eŭropu” (to ŭsłončyki pafarbuje, to pasadzić niešta). Travieńskaj ranicaj ja ŭpieršyniu ŭ žyćci pabačyŭ jaho z ordenskimi płankami na pinžaku. «Niamieččynu braŭ», — adkazaŭ na moj ździŭleny pohlad Piatrovič i zaprapanavaŭ pajści na schod u Pałac Respubliki. Nia stolki pasłuchać našaha fiurera, kolki pahladzieć interjery. Ja z achvotaju pahadziŭsia.
Jak ni dziŭna, moj bieł-čyrvona-bieły značak nie pieraškodziŭ mnie prajści praz kantrol. Sivyja frantaviki taksama hladzieli na jaho chutčej z pavahaju. Błukajučy pa hihanckich marmurovych faje, susied Piatrovič pačaŭ zhadvać tyja pieramožnyja dni, kali bajalisia nia niemcaŭ, a ŚMIERŠaŭcaŭ, kali mirnaje nasielnictva śpiešna ŭciakała sa svaich damoŭ, kab nie zaminać vyzvalicielam ich rabavać, i kali, jak nikoli, panavała sapraŭdnaja radaść i honar za svajo siońnia j, viadoma, śvietłaje zaŭtra.
Majo miesca było ŭ amfiteatry. Pobač sa mnoju sieŭ klasyčny veteran. Medali, niby daśpiechi, ukryvali jahonyja hrudzi, sivyja pyšnyja bakienbardy vydavali ŭ im najmieniej pałkoŭnika, a suvory pohlad z-pad kałmatych brovaŭ krasamoŭna śviedčyŭ pra oho-ho jaki kamandzirski hołas. Ja dastaŭ apošniuju «NN». Jak tolki jana nie zakureła pad jahonym pozirkam!
«Priezidient Riespubliki Biełaruś Aleksandr Hrihoŕjevič Łukašienko», — ŭračysta abvieścili z dynamikaŭ. Vializnaja zala, niby pa kamandzie, ustała. A ja dla siabie vyrašyŭ jašče pa darozie: ustaju tolki padčas Chviliny maŭčańnia. Moj susied-veteran byŭ pamknuŭsia ŭźniacca pierad Łukašenkam razam z usimi, ale, strelnuŭšy vačyma ŭ moj bok, zastaŭsia siadzieć. Jašče sipły hołas nie pramoviŭ: «Sadzicieś pažałusta tavaryščy» — a pamiž nami ŭžo ŭstalavaŭsia niejki ciopły kantakt. Jak ad rukańnia z pavažanym taboju čałaviekam.
Toj, chto vyjšaŭ na scenu, havaryŭ doŭha j niecikava. Jon bičavaŭ i praklinaŭ usialakich hraznych atščapiencaŭ, naślednikaŭ ciech hitleraŭskich chałujoŭ dy ichnych zaakijanskich chaziajeŭ. Hraziŭsia dać adpor, klaŭsia, što ŭ nas Juhasłavii nia budzie, i abiacaŭ «pravieści vajennyja učenija na hranice ś Litvoj».
Ja słuchaŭ i dumaŭ: jak jamu brakuje vajny ci choć jakoj vajskovaj pahrozy! Žyć jon nia moža biez mabilizacyjaŭ i niabačnych frantoŭ. Mnie było pa-čałaviečamu škada hetaha pałkavodca, na jakoha nichto nia choča napadać, armija jakoha vajuje ź niepaŭnaletnimi dziaŭčatkami dy adzinokimi palitykami. Choć sam usiamu śvietu vajnu abviaščaj...
Ja vielmi ŭdziačny susiedu-frantaviku, što pabyŭ na tym schodzie. Jon dapamoh mnie adčuć soram za siabie j za svaje niepryhožyja dumki pra ludziej, jakija paŭstahodździa tamu prahnali adsiul vajnu. Daj Boh im zdaroŭja. I kab nie było vajny. Jak by kamu hetaha ni chaciełasia.
Kamientary