Biareš u ruki svoj mandat i hetym samym mandatam naprava i naleva – i pravym, i levym, i pa hałovach, i pa zadnicach, a presie asabliva – za ŭsio charošaje. Piša Lilija Kobzik.
Chto moh čakać takoha siurpryzu ad suśvietnaha rynka pracy! Kab źnianacku adkryłasia ci miełasia adkrycca stolki vakansij prezidenta. Tendencyja achapiła cełyja rehijony, i treba być zusim tupym, kab dumać, što hetaje kadravaje cunami-2011 voźmie i prosta tak supakoicca. Asabliva ambicyjoznyja biespracoŭnyja ź miascovych napružylisia i rychtujuć reziume. Chacia... što dobraha ŭ prezidenckaj pasadzie? Mora adkaznaści, hałaŭny bol i nieviadoma jakija nastupstvy.
Kali ŭžo pilna ŭhladacca ŭ ijerarchičnyja asablivaści roznych vyšejšych dziaržaŭnych pasadaŭ, dyk kresła śpikiera vyhladaje značna bolš ciopłym i pryvabnym. Sapraŭdy, siadziš ŭ zhrabnym kaściumčyku ŭ samaj vyšejšaj kropcy brutalna pryhožaj i stroha avalnaj zały, nieciarpliva tupaješ darahim tuflem na vytančanaj padešvie ŭ čyrvony piersidski dyvanok i paŭnamocna rasparadžaješsia śmiešna strakataj parłamienckaj kamoraj. «Uklučycie, kali łaska, šosty mikrafon. Nie, Jarasłaŭ, vam słova nie daju, bo vy ŭžo svajo skazali, dziakuj. Prysiadźcie. Ja kažu: prysiadźcie! Alo, techniki, adklučycie, kali łaska, huk, bo Jaryk uparta skača da mikrafonaŭ... Vaša słova, Prakopavič. Tolki zaraz užo biez hetych vašych jambaŭ i charejaŭ, čystaj prozaj, kali łaska, vas levyja deputaty nie razumiejuć... Spadar Mikoła, vam mikrafon nie ŭklučaju, vas, z vašym hołasam i žarściu, i tak čutno na ŭsiu krainu!»
Vo, heta praca, dastojnaja taho, kab piščom leźci ŭ horu. Zarobki charošyja, nie sumna i, zaŭvažcie, nichto mocna nie krytykuje. Siniekura čystaj vady.
Ale jość, jość u sučasnym śviecie jašče bolš spakuślivaja karjera. Biurakrat u jeŭraparłamiencie!
Siadziš sabie ŭ Bruseli i za tysiač 15-20 jeŭra miesiačnaha akładu vyznačaješ pamiery bananaŭ, hodnyja dla ŭžyvańnia ŭ Jeŭraźviazie. Staviš załatym parkieram na hierbavaj papiercy rezalucyju: “Na hetym tydni nadta doŭhija banany nie ŭvozić, nie bolš za 15 sm, bo nie dajadajuć, i ŭžo śmiardzić na ŭsiu Jeŭropu – ad Hibrałtaru da Mazuraŭ”.
A kali raptam ŭ jaki-niebudź nieščaślivy pramiežak času laśnie asabista taboju nienaturalna zavyšany kurs jeŭra, a ty za jaho hetym tydniem adkazny (u nahruzku da bananaŭ), treba zrabić tak. Sieści ŭ maleńki pryvatny samalocik z takoj miakkaj skuranaj kanapaj koleru šampanskaha ŭzdoŭž iluminataraŭ i palacieć na jaki miesiac-druhi ŭ adpačynak na pryhožuju vyspu ŭ łazurnym akijanie da blizka znajomaha bananavaha karala, miascovaha kanibała, ź jakim čas ad času tusiš u paryžskim hateli «Ryc».
Pryhažość? Dolče vita? Biezumoŭna! I znoŭ-taki adkaznaści – nul. A kali hladzieć u budučyniu, dyk lepšaj schiemy karjernaha roskvitu i nie ŭjavić. Kali jašče ŭ Jeŭropie daciamiać, što takoje abjadnańnie z takim kiraŭnictvam – heta, jak kažuć, aby što i zboku bancik. Možna doŭha i dobra pažyć.
A što toj prezident? Nu, dobra, vybrali ciabie niedzie na zadvorkach cyvilizacyi ŭ niejkija niezdarovyja časy ludzi, jakija nikoli nie bačyli narmalnaha žyćcia, ale prahli lepšaj doli.
Ź niejkaj trascy ŭpadabali i vydali, tak by mović, mandat davieru. Albo ty prosta pryjšoŭ da ŭłady na chvali vajskovaha pieravarotu i mandat hety tak ci inakš prychapiŭ.
Usie dumajuć, što prychapiŭ tolki na peŭny čas. Ale ty nie taki, jak usie. Ty ad samaha pačatku viedaješ, što mandat tolki tvoj i nazaŭsiody. Ty małady, zdarovy, jaki imhnienna staŭ djabalski znakamitym. A ŭčora, moža, byŭ jašče tak sabie – nichto. Treba novaje žyćcio na svoj ułasny kapył ładzić, a vakoł – niejki verchał palityčny, deputaty lezuć, apazicyjaniery pieraškadžajuć, śviežavypiečanaj kanstytucyjaj u ciabie pad nosam brazhajuć, presa aby što plavuzhaje.
A narod vydaŭ mandat davieru i maŭčyć, čakaje, lubić.
Što tut budzieš rabić? Idzieš pravieranaj darohaj. To bok biareš u ruki svoj mandat i hetym samym mandatam naprava i naleva – i pravym, i levym, i pa hałovach, i pa zadnicach, a presie asabliva – za ŭsio charošaje. Kab viedali, kaho pavažać, u čyich rukach mandat i chto ŭ chacie haspadar!
Hałoŭnaje, kab adzin, pieršy raz takoje prakaciła, a potym ŭžo pojdzie lahčej.
I z kožnaj hvałtoŭnaj pieramohaj adčuvaješ svaju moc i vybranaść, i łahodny piersanifikavany pozirk udačy, i haračaja kroŭ bje ŭ hałavu, stvarajučy sucelna bliskučyja asabistyja dalahlady.
A niepaŭnavartasny Zachad raz-poraz suniecca ź niejkimi vartymi žalu paprokami: «Nu-nu, nielha tak rabić!» A ty ŭsim prosta pakazvaješ jazyk:
«Dastali ŭžo! U mianie paradak, čyścinia, usie zaniatyja. A u vas – aby što, biespracoŭje i poŭnyja krainy emihrantaŭ!»
I ty dobra razumieješ, što možaš rabić usio, što zaŭhodna, tamu što pastavić ciabie na miesca niama kamu. Z usich bakoŭ albo tupyja biurakraty, albo chcivyja ŭładary. Mocnych asobaŭ – takich, jakija byli ŭ śviecie lidarami jašče hadoŭ 20-30 tamu i ź jakimi možna było paciahacca žaleznaj chvatkaj – bolš niama. Paŭsiul panuje niejkaja drabiaza, nie roŭnia tabie.
A narodu ŭbivaješ u hałavu adnu (ale jakuju!) ideju: vakoł – vorahi, vorahi, vorahi! Trymajciesia mianie!
A čas idzie, mandat tvoj naturalnym čynam skamiačyŭsia i padrapaŭsia ŭvieś ad častaha vykarystańnia ŭ jakaści dubinki. I voś kali ty razumieješ, što adstupać užo niama kudy, rubikon, licha na jaho, daloka zzadu, zdarajecca cikavaja nievytłumačanaja dla ciabie reč.
Niejkija švendy natoŭpami biehajuć pa zichotkich, ledźvie nie ŭłasnaručna taboju ŭpryhožanych vulicach i prama pad tvaimi šybami ravuć: “Game over! Game over!”
Jak tak? – z kryŭdaju dumaješ ty. Što značyć: hulnia skončana? Złyja, niaŭdziačnyja ludzi! Ty achviaravaŭ dla ich lepšyja dva-try dziesiacihodździ svajho žyćcia, pasadziŭ piečań, pahubiŭ bieśśmiarotnuju dušu, pieratvaryŭ u cyrk asabistaje žyćcio, nikoli nie padjeŭ dobra ad usich hetych chvalavańniaŭ. I voś tak, raptoŭna — game over?!
I tut pryjdziecca vyrašać adnu cikavuju, jak kažuć razumnyja ludzi, dylemu. Što rabić?
Śmiešna i chucieńka, hublajučy tvar, sadzicca ŭ samalot, skłaŭšy sioj-toj skarb, i lacieć da dobrych ludziej u haračuju ekzatyčnuju krainu na stałaje miesca žycharstva? Ci ŭsio ž taki tupa i złosna trymacca da apošniaha, rasstrelvajučy reštki mandatu na ŭsich hetych švendaŭ i harłapanaŭ? I ŭrešcie dačakacca aryštu i moŭčki siadzieć u zali suda za toŭstymi i niepryhožymi kratami i słuchać, jak palivajuć brudam tvoj niepaŭtorny šlach bliskučych pieramoh, a potym hladzieć u vočy svajakam šmatlikich achviaraŭ, hałovami katorych nie mahła nie być bahata azdoblena tvaja karjera?
Voś jon, los prezidenta na zadvorkach cyvilizacyi! Jano vam treba?!
Nie, kaniešnie, možna rasparadzicca prezidenckim mandatam i trochi inakš.
Pryjści da ŭłady i biez krykaŭ i lamantu raspačać marudnuju, doŭhuju pracu budavańnia absalutna novaha volnaha hramadzianskaha žyćcia. Nie zapałochvać ciomnych, viakami zapałochanych tutejšych ludziej niejkimi pryvidami asabistaha bačańnia śvietu.
A naadvarot – raźniavolić i stvaryć absalutna inakšuju sistemu kaardynat. Kab u hetaj sistemie i krainy-susiedzi, i tyja dalokija, što za akijanam, — usie spryjali, a nie bačylisia vorahami. I adkryć krainu dla inavacyj. I stvaryć umovy dla roskvitu nacyjanalnaj kultury. I pryznać pryvatnuju ŭłasnaść śviatoj i nieadjemnaj. I abmiežavać prava dziaržavy ŭmiešvacca ŭ biźnies.
I vučycca ŭ inšych krain, jak pravilna vyłazić z zadvorkaŭ cyvilizacyi.
I, mahčyma, urešcie, na skonie pieršaha ci druhoha terminu, skasavać hetuju złaščasnuju pasadu i, abviaściŭšy krainu parłamienckaj respublikaj, pieradać uładu vybranamu narodam parłamientu, a ekanamičnyja ryčahi — tałkovamu premjeru, jakomu nikoli nie pryjdzie ŭ hałavu niešta rabić na svoj kapył, tamu što ŭ jaho nie budzie paŭnamoctvaŭ.
A samomu cicha syści na zusim nievialikuju dziaržaŭnuju piensiju
i spadziavacca na toje, što, kali skanaješ, udziačnaje hramadstva chacia b nazavie tvaim proźviščam nacyjanalny aeraport. A moža, i nie nazavie. Bo, viedajecie, daloka nie kožnaje proźvišča da aeraportaŭ pasuje...
Tak što, jak ni kruci, lepš za ŭsio – śpikieram. Hukam rasparadžacca. I ŭklučycie, kali łaska, techniki, usie mikrafony ŭ krainie. Moža, narešcie, niechta niešta cikavaje skaža...

Kamientary