Z knihi «Paryski splin» maleńkija paemy prozaju
Confiteor mastaka
Jak ža pracinaje dušu vosieńskaje sutońnie! O! Pracinaje da bolu, niesučy admysłova čaroŭnyja adčuvańni, nieakreślenyja i ŭvadnačas napružanyja, bo niama zbroi, vastrejšaje za lazo Biaskoncaści. Jakaja heta asałoda — zanurać svoj pahlad u biaźmiežnaje nieba j mora! Ciša j samota, biezzahannaja čystaść siniečy! Maleńki vietraź, što dryžyć na haryzońcie i svajoj mizernaściu j adzinotaju tak padobny da majho niepapraŭna zahublenaha žyćcia; manatonny śpieŭ chvalaŭ, — usio heta myślicca mnoju ci, moža być, samo myślić praź mianie (u nievymiernaści mrojaŭ tak chutka hublajecca našaje «ja»!); tak, ja skazaŭ «myślić praź mianie», ale myślić muzykaju j vobrazami, biez safistyki, biez sylahizmaŭ, biaz dovadaŭ. Adnak dumki hetyja, što naradžajucca ŭva mnie ci vynikajuć z navakolnych rečaŭ, u chutkim časie stajucca zanadta napružanymi. Nadmier asałody vyklikaje niespakoj i sapraŭdnuju pakutu. Maje nervy naciahvajucca nastolki, što ŭ ichnym trymcieńni zastajucca adno kryk i bol.
I voś niabiesnaja hłybinia ŭžo mianie pałochaje, a prazrystaść razdražniaje. Biazžarsnaść mora, nieruchomaść pejzažu aburaje mianie: O! Niaŭžo ja mušu viečna pakutavać ci viečna ŭnikać krasy? Pryroda, niaŭmolnaja varažbitka, niazmožnaja spadužnica, źlitujsia nada mnoju! Pakiń spakušać maju prahu i pychu! Spaścižeńnie krasy — heta dvuboj, dzie mastak kryčyć ad strachu j zaŭždy cierpić parazu.
Błazan i Venera
Jaki čaroŭny dzień! Vializny park mleje ŭ piakučym pramieńni voka dnia, niby maładość u abładzie Kachańnia. Usieahulnaja raskoša nie vydaje siabie nivodnym hukam; navat fantany jak byccam zasnuli. Jak ža roźnicca ad ludzkich śviataŭ hetaja maŭklivaja orhija!
Zdajecca, što śviatło, usio narastajučy, vykrasaje z pradmietaŭ novyja j novyja vodbliski-jaskarki; što kraski ŭ zachapleńni zharajuć ad žadańnia pierasiahčy niabiesny błakit zyrkaściu svaich farbaŭ; što śpioka robić vodary vidočnymi, i jany smuhoju ŭznosiacca da sonca.
Adnak siarod ahulnaj radaści ja ŭhledzieŭ zasmučanuju istotu. La noh vializarnaj Venery — adzin z prafesijnych varjataŭ, samachotnych błaznaŭ, čyj abaviazak — zabaŭlać karaloŭ, kali tych hryzuć dakory sumleńnia ci prosta nuda. Prybrany ŭ bliščasty j facetny stroj, u rahataj šapcy z zvanočkami, uvieś stuliŭšysia kala pjedestału, jon padymaje poŭnyja ślozaŭ vočy da nieśmiarotnaje Bahavicy.
Jahonyja vočy kažuć: «Ja sama niaščasny j samotny ź ludziej, pazbaŭleny kachańnia j siabroŭstva, i praz hetaje mizarniejšy za apošniuju žyviołu. Ale ja, ja taksama stvorany, kab adčuvać i razumieć nieŭmiručuju Krasu! O, Bahavica, źlitujsia nad maim smutkam i maim šalenstvam!»
Ale niaŭmolnaja Venera hladzić niemavied kudy ŭdaleč svaimi marmurovymi vačyma.
Sabaka j flakon
«Moj miły sabačka, moj dobry sabačka, luby moj, chadzi siudy j paniuchaj, jakuju vydatnuju parfumu nabyŭ ja ŭ najlepšaha ŭ mieście parfumnika».
I sabaka, matlajučy chvastom, što, jak mnie viedama, u hetych biednych istotaŭ adpaviadaje našym śmiechu i ŭśmiešcy, padychodzić i ź cikavaściu tyckaje vilhotnym nosam u adkryty flakon; paśla raptoŭna ŭ strachu padajecca zadam i pačynaje brachać na mianie, niby z dakoram.
«Ach ty, nikčemny sabaka! Kali b ja prynios tabie pakunak z łajnom, ty z asałodaju niuchaŭ by jaho, a mahčyma b, i zžer. Hetym ty, niahodny paplečnik majho smutnaha žyćcia, padobny da publiki, jakoj patrebnyja nia vytančanyja vodary, što adno razdražniajuć jaje, a staranna padabranyja hidkaści».
Paŭśvietu ŭ vałasach
Dazvol, ja budu doŭha, doŭha ŭdychać pach tvaich vałasoŭ, zanurusia ŭ ich tvaram, jak saśmiahły ŭ kryničnuju vadu, budu ŭskałychvać ich, niby naparfumavanuju chustku, kab razvarušyć roj uspaminaŭ.
Kali b ty mahła viedać usio, što ja baču, što adčuvaju, usio, što mnie čujecca ŭ tvaich vałasach! Maja duša vandruje ŭ vodary, jak dušy inšych — u muzycy.
Tvaje vałasy poŭnyja mrojaŭ pra mašty j vietrazi, pra vialikija mory — musony niasuć mianie pa ich u čaroŭnyja krainy, dzie dalačyni błakitniejšyja j hłybiejšyja, a pavietra prasiaknutaje pacham pładoŭ, liścia j čałaviečaje skury.
U akijanie tvaich vałasoŭ mnie bačycca havań u hukach sumnych piesień, dužyja mužčyny z usich kancoŭ śvietu j karabli ŭsich kštałtaŭ, čyje daskanałyja j składanyja syluety vyrysoŭvajucca na asnoviedzi vializarnych niabiosaŭ, dzie panuje viečnaja śpioka.
U piaščocie tvaich vałasoŭ ja znoŭ pieražyvaju doŭhija hadziny ŭtomnaj, amal što niaŭłoŭnaj partovaj hajdanki, hadziny, što ja prabaviŭ na kanapie ŭ kajucie pryŭkrasnaha karabla, miž vazonaŭ z kvietkami j zbanoŭ z prachałodnaj vadoju.
U piakučym vohniščy tvaich vałasoŭ ja ŭdychaju vodar tytuniu, prypraŭleny opijumam i cukram; u nočy tvaich vałasoŭ ja baču biaskoncaje źziańnie trapičnaj siniečy; na pušystych uźbiarežžach tvaich vałasoŭ ja pju źmiašany pach smały, muskusu j kakosavaha aleju.
Dazvol, ja ŭvapjusia ŭ tvaje ciažkija čornyja kosy. Kali ja kusaju tvaje pruhkija, niepakorlivyja vałasy, mnie zdajecca, ja jem uspaminy.
Jakaja ź dźviuch sapraŭdnaja?
Ja paznajomiŭsia ź niejkaj Benedyktaj, što žyła ŭ załatym blisku ideału; vočy jaje vypramieńvali prahu vieličy, krasy, słavy i ŭsiaho, što prymušaje nas vieryć u nieśmiarotnaść.
Ale hetaja cudoŭnaja istota była zapieknaj, kab žyć doŭha; nie prajšło j niekalkich dzion pa našym znajomstvie, jak jana pamierła; ja sam pachavaŭ jaje peŭnaha dnia, kali viasna kadziła svoj ładan navat na mohiłkach. Ja sam pachavaŭ jaje, zamknuŭšy ŭ trunu z duchmianaha dreva, nieźniščalnaha, niby indyjskija skryni.
Vočy maje šče byli ŭtaroplenyja ŭ ziamlu, dzie ja zakapaŭ svoj skarb, jak raptam ja ŭbačyŭ maładuju asobu, nadzvyčaj padobnuju da pachavanaj. U dziŭnym histeryčnym zapale jana ŭtoptvała rychłuju hlebu j pyrskała śmiecham, kažučy: «Heta ja, ja sapraŭdnaja Benedykta! Ja, znakamitaja ahidnica! U pakarańnie za tvaju durnotu j ślepatu kachaćmieš mianie takoju, jakoj ja jość!»
A ja, jak nieprytomny, kryčaŭ u adkaz: «Nie! Nie! Nie!» I, kab vyraźniej padkreślić svaju niazhodu, topnuŭ tak mocna, što naha maja pa kalena ŭhruzła ŭ śviežy doł. Byccam voŭk, što trapiŭ u pastku, ja zastaŭsia — i, mahčyma, nazaŭsiody —prykavany da mahiły ideału.
Strelišča i mohiłki
«Šynok «U Plutona». Vidal na mohiłki». — «Admysłovaja šylda, — padumaŭ naš miłośnik špacyraŭ, — i, daliboh, vyklikaje smahu! Peŭnie ž, haspadar karčomki znajecca na Haracym i paetach Epikuravaj škoły. Mahčyma navat, što jamu nie čužaja j vyšukanaść staražytnych ehipcian, u jakich nivodnaja sapraŭdnaja biasieda nie abychodziłasia biez škileta ci niejkaha inšaha symbalu marnaści žyćcia».
Jon uvajšoŭ, vypiŭ kuchal piva, pahladajučy na mahiły, i pavoli vypaliŭ cyharu. A paśla jamu zamanułasia syści da mohiłak, dzie trava była takoj vysokaju j pryvablivaju i panavała takoje zyrkaje sonca.
Napraŭdu, śviatło j śpioka tam šaleli; možna było padumać, što sonca spjanu ŭpała na ziamlu j kačajecca pa dyvanie z cudoŭnych krasak, hadavanak raspadu. Vialiki šum žyćcia — žyćcia biaskonca małych istotaŭ — napaŭniaŭ pavietra j pieraryvaŭsia praz roŭnyja pramiežki času hukam strełaŭ z susiedniaha strelišča, niby korki ad šampanskaha bachkali pad pryhłušanuju muzyku arkiestru. I tady, u pramieńni, što paliła jamu mozah, u piakučych pavievach śmierci, jon pačuŭ hołas, šept z-pad mahilnaj plity, na jakuju jon byŭ prysieŭ. Hety hołas kazaŭ: «Niachaj vyklatyja buduć vašyja celi j vašyja karabiny, niaŭrymślivyja žyvyja, što tak mała dbajecie pra pamierłych i ichny boski spakoj! Niachaj vyklatyja buduć vašaja pycha j vašyja rachuby, nieciarplivyja śmiarotnyja, što praktykujeciesia ŭ mastactvie zabivać la śviatyni Śmierci! Kali b vy viedali, jak prosta zdabyć uznaharodu, jak prosta pryjści da mety i nakolki mizernaje ŭsio pa-za Śmierciu, vy b mieniej vysilvalisia, ruplivyja žyvyja, i radziej by parušali son tych, što ŭžo daŭno siahnuli Mety, adzinaje sapraŭdnaje mety brydkaha žyćcia!»
Any where out of the world
Kudy-kolečy z hetaha śvietu
Našaje žyćcio — heta lakarnia, dzie kožny chvory apantany žadańniem źmianić łožak. Adzin chacieŭ by pakutavać pry piečy, druhi spadziajecca, što ačuniaje kala vakna.
Mnie zaŭsiody zdajecca, što ja byŭ by ščasny tam, dzie mianie niama, tamu pytańnie pra piarebary — tema biaskoncych sprečak z majoju dušoj.
«Skažy mnie, duša, maja biednaja, astyłaja duša, što ty dumaješ pra toje, kab žyć u Lisabonie? U Lisabonie pavinna być ciopła, i ty b ažyła tam, jak taja jaščarka. Miesta staić la vady; kažuć, što jano zbudavanaje z marmuru, a jahonyja žychary nastolki nienavidziać raślinnaść, što z karaniom vyryvajuć kožnaje dreva. Voś krajavid na tvoj hust: tolki śviatło, kamień i vada, kab ich lustravać!»
Duša nie adkazvaje.
«Raz ty tak lubiš adpačyvać u atačeńni vidoviščaŭ ruchu, ci nie chacieła b ty pasialicca ŭ Halandyi j rajavać na hetaj ščasnaj ziamli? Niaŭžo ty nia znojdzieš sabie zabavy ŭ krainie, jakoju tak časta lubavałasia na muzejnych karcinach? Što ty dumaješ pra Raterdam, ty, jakaja tak lubiš lasy maštaŭ i karabli, pryšvartavanyja pry padnožžy damoŭ?»
Duša znoŭ maŭčyć.
«Ci, moža, tabie milejšaja Batavija? Zrešty, my šče znojdziem tam duch Eŭropy, pajadnany z trapičnaj krasoju».
Ani słova. Ci nie pamierła maja duša?
«Albo ty siahnuła toj hranicy zdranćvieńnia, za jakoju nam lubyja adno svaje pakuty? Kali tak, uciakajma da krainaŭ, jakija jość padabienstvam Śmierci. Ja viedaju, što nam treba, maja biednaja duša! Źbirajsia, my z taboju adpravimsia ŭ Tarnea. My pajedziem jašče dalej, až na samy skraj Bałtyki; jak maha dalej ad usiakaha žyćcia; my pasielimsia na polusie. Sonca tam ledź kranajecca ziamli svaim kosym pramieńniem, a marudnaja źmiena dnia j nočy źniščaje raznastajnaść i pavialičvaje manatonnaść, hetuju sužanicu niabytu. My tam zmožam nadoŭha zanuracca ŭ ciemru, a palarnaja zara, zabaŭlajučy nas, budzie słać nam čas ad času svaje ružovyja snapy, niby vodśviety piakielnych fejerverkaŭ!»
Narešcie maja duša vybuchaje krykam, i jak mudra: «Kudy-kolečy! Kudy-kolečy, adno kab preč z hetaha śvietu!»
Pierakłaŭ z francuskaj Andrej Chadanovič
Ci patrebnaja biełaruskaja mova tym, chto razmaŭlaje pa-rusku? Azaronak zadaŭsia takim pytańniem na STB, a vypusknik Akademii MUS prapanavaŭ zamianić uroki fakultatyvami
Kamientary