Litaratura3636

Jury Stankievič. Łaŭcy vierchavodak. Novaje apaviadańnie

Płyvučy samachodny restaran z hučnaj nazvaj «Zdań» — pierarobleny ź nievialikaj baržy i ŭkamplektavany matoram štučny račny karabiel — rychtavali da zapłyvu. Ekipaž u składzie dvuch čałaviek: uładalnika («kapitana») i kuchara («matrosa»), prymaŭ partyju čarhovych klijentaŭ. Heta byli: trojka tak zvanych «sornieraŭ» — chutčej za ŭsio drobnych handlaroŭ z haradskoha bazaru — z tych, chto pryjechaŭ siudy zdalok i pasialiŭsia adnosna niadaŭna, nie paśpieŭ zaprasić svaich žonak, albo ŭvohule nie mieŭ ich, pary miascovych maładych chłopcaŭ z pustymi tvarami, što napiarehanki zavichalisia pobač ich, i niekalkich dziaŭčat ź lalečnymi, viasiołymi tvarykami petevušnic i ŭ mini-spadnicach. Usie byli na lohkim padpitku, a adna ź dziaŭčat bieśpierapynna paviskvała i hučna rahatała tonkim hołasam:

— Cha-cha-cha-cha-chi-chi-chi-chi!

Urešcie «kapitan» małoha i niaŭkludnaha sudna padciahnuŭ schodni, adviazaŭ kanat, i račnaja płyń pacichu padchapiła płyvučy karabiel-restaran i marudna paniesła ŭzdoŭž bieraha, dalej ad prybiarežnaj vulicy, zaśmiečanaj abyjak raskidanymi łodačnymi i aŭtamabilnymi haražami dy cahlanymi budynkami pryvatnych adnapaviarchovych damoŭ.

«Kapitan» — siaredniaha vieku, mažny apucak, u šortach i biejsbołcy, ryzykoŭna raśpisany «tatu», z čyrvonym pulchnym tvaram, a jaho «matros» — jon ža kuchar, jaki pačaŭ raspalvać za blašanaj pieraharodkaj manhał i rychtavać šašłyki — jašče davoli małady, niahiehły, błatnavataha vyhladu chłopiec, mituślivy, ź isteryčnym, u drobnych skullach chitravatym tvaram.

Vadajom byŭ vialiki, niekalki kvadratnych kiłamietraŭ, elipsapadobny, i z vyšyni ptušynaha palotu, peŭna, nahadvaŭ litaru «F», dzie pramoj rysaj była nievialikaja raka, jakaja pierasiakała jaho, kab adrazu ŭlicca ŭ inšuju, našmat bolšuju. Utvorany štučna, amal jak dva dziesiacihodździ tamu na miescy byłoj pojmy pobač z horadam, jon i paniščyŭ małuju raku. Taja adrazu źmizarnieła, zarasła pa bierahach nieprachodnym vierbałozam i pustaziellem.

Ad šašy da vady viali dźvie kalužystyja darohi, pa jakich raz-poraz padjazdžali na lehkavikach amatary rybnaj łoŭli, albo k nočy chłopcy pryvozili dzievak. Pryjazdžali i na matacykłach, skutarach ci rovarach, siadzieli pa bierahach z vudami-zakiduchami, chadzili sa śpininhami. Niahledziačy na paru-trojku adčuvalnych zabrudžvańniaŭ (praryvała haradskuju kanalizacyju, ściakali pramysłovyja adychody z zavodaŭ), małaja raka znoŭ i znoŭ pramyvała vadajom svajoj, choć i słabiejučaj, ale niaspynnaj płyńniu, i ryba ŭ im vadziłasia.

Čałaviek na proźvišča Mazur pryjechaŭ na vadajom z pryharadu na rovary, kab u čarhovy raz pałavić tut vierchavodak. Heta byŭ małady mužčyna hadoŭ tryccaci na vyhlad, u kamuflažnych nahavicach, krasoŭkach i klatčastaj bavoŭnavaj kašuli. Karotkaja stryžka amal što prychoŭvała rańniuju siviznu na skroniach, vyćviłyja ad sonca vočy hłyboka chavalisia pad nadbroŭjami, a nos uvohule byŭ amal ružovaha koleru, bo skura ź jaho paśla raptoŭnaha zaharu, peŭna, pacichu źlazała.

Mužčyna vyciahnuŭ z-za śpiny vuzki ciomna-sini čachoł, a ź jaho — dźvie lohkija płastykavyja vudy. Adnu ź ich — zapasnuju i daŭžejšuju — jon pakinuŭ u ajery kala vady, a druhuju razmataŭ, paciskaŭ u dałoni kavałak ciesta, nažyviŭ krychu na hačok, zakinuŭ žyłku z płaŭkom na niekalki mietraŭ ad bieraha i — azirnuŭsia navokał.

Sonca ŭžo prajšło zienit i niezaŭvažna ruchałasia na zachad. Vietru amal nie adčuvałasia, ludziej pablizu ŭ taki čas nie było, tolki daloka, na supraćlehłym bierazie, siadzieli z vudami niekalki nieruchomych postaciaŭ.

Płavok raptam paciahnuła ŭbok, mužčyna padsiok, i ładnuju vierchavodku, jakaja supraciŭlałasia z usich sił, a sił u hetaj nievialikaj rybiny chapała, vykinuła z vady. Blisnuŭšy ŭ pavietry, rybina sarvałasia z hačka, ale ŭžo na bierazie, i ŭpała ŭ travu. Mužčyna niezadavolena chmyknuŭ i pajšoŭ pa jaje, ale raptam spyniŭsia i zaŭśmichaŭsia, niby pabačyŭ niešta vielmi dla siabie pryjemnaje.

Hetym «niešta» byŭ dziki kot, a kali bolš dakładna, to ździčeły, bo na vyhlad nahadvaŭ zvyčajnaha, moža z damieskam ad «narviežskaha lasnoha»: šery, z trochkutnaj hałavoj i raskosymi zialonymi vačyma dy puchnatym chvastom, što nahadvaŭ apachała. Kot kasavuryŭsia na rybinu, až trymcieŭ, ale čakaŭ reakcyi čałavieka.

— Nu, pryviet! — skazaŭ jamu Mazur i dadaŭ łaskava: — Zabiraj, łasujsia, čaho tam. Nie škada.

Kot zrazumieŭ, małankava schapiŭ rybinu, dalikatna adciahnuŭ na jaki mietr i, naściarožana pačaŭ jeści z hałavy.

Vierchavodki, miž tym, aktyŭna atakavali nažyŭku, čas išoŭ, sonca ŭsio bolš adchilałasia na zachad. Na bierahach vadajoma paludnieła: amatary rybnaj łoŭli pakrysie ściakalisia na viačerni kloŭ.

Mazur skarmiŭ katu jašče niekalki rybin, dziasiatki z dva ich kinuŭ sabie ŭ sumku i pryloh na travu. Miatlik, vichlajučysia, pakružyŭ nad im i adlacieŭ da jarka rasfarbavanych zaraściaŭ dziadoŭniku, vysoka ŭ niebie łunaŭ ptušyny drapiežnik — vyhladaŭ niešta svajo, ledź čutna źvinieła žamiara.

— Nu, voś, — napaŭhołasa źviarnuŭsia da žyvioliny Mazur, — ciapier ty nie hałodny, sonca hreje tabie baki, ale ŭ hetym śviecie ŭsio adnosna, moj mienšy brat. Pryjdzie nieŭzabavie vosień, potym zima, i ŭlubionyja taboj vierchavodki spłyvuć na hłybiniu, a potym uvohule schavajucca pad lod, pačnucca marazy, i — što tady? U jakuju naru ty schavaješ svoj šykoŭny chvost? To-ta i jano. Nieviadoma, adkul ty tut źjaviŭsia i nieviadoma, kudy ty syjdzieš u ciažki čas. Moža, u jaki padvał pad šmatpaviarchovikami, što hruvaściacca tam — za balšakom? U kuryny chleŭčyk jakoha žłaba-pryvatnika? U kanalizacyjny luk? A čym budzieš charčavacca? Dušyć pacukoŭ? Ale ž hryźci ich paśla smačnych, sakavitych vierchavodak — chiba tabie budzie, jak kažuć, nie «ŭ padłu»? Maŭčyš? A ŭ mianie dla ciabie jość cikavaja prapanova. Chočaš — prymieš jaje, chočaš — nie. Moj adpačynak zakančvajecca. Chutka — na pracu. Pryjedu ja siudy praź niekalki dzion, paźniej, albo navat nastupnym razam ź jakoj sumkaj pabolš, pasadžu ciabie tudy i adviazu damoŭ, u ciopłuju chatu, bo nočy ŭžo stanoviacca chałodnymi, i śpiš ty tut niedzie, chutčej za ŭsio, u jakoj ziemlanoj nary. Što skažaš, mienšy brat?

Kot vysłuchaŭ, niečakana ŭźniaŭsia na nohi, pasunuŭsia da tvara mužčyny i ŭdziačna badnuŭ taho hałavoj.

— Nu, ty, razumnik, — rasčulena skazaŭ mužčyna i praciahvaŭ: — Kali tak, to nam treba paznajomicca, tak by mović. Aficyjna. Mianie zavuć Aleh, a proźvišča — Mazur. Nu, a ciabie — jak? Urešcie, prydumajem tabie što-niebudź vartaje takoha pryhažuna i ščyraha bratana, jak ty. Pra siabie raskažu niašmat, ale, kab ty viedaŭ. Naradziŭsia ja tut, na hetaj ziamli, i, jak zredku kažuć, nikomu nie pažadaju svajoj radzimy — tolki sabie. Ale, toje ŭžo druhasnaje, cha-cha. Najpierš tabie, moža, cikava, čamu ja tut apošnim časam ašyvajusia. I sapraŭdy — čamu? Pasprabuju, moj mienšy brat, adkazać koratka. Inakš, kali chto-niebudź pabačyć i tym bolš prysłuchajecca, jak ja tut z taboj razmaŭlaju, to spraviadliva padumaje, ci nie vyklikać mnie siudy «bryhadu». Sprava ž, mahčyma, u tym, što, na maju dumku, «bryhadu» ŭžo daŭno varta vyklikać usiamu śvietu. Kali-niebudź toje i adbudziecca, i nie važna, chto heta zrobić — Haspodź Boh ci jaki inšy Načalnik Suśvietu, albo jakaja tajamničaja Prahrama. A pakul pierazahruzka nie ŭ mianie adnaho. Suńciesia, šanoŭnyja, u tak zvanaje Sieciva, i pabačcie na svaje vočy hety kišačy, niby ličynkami much, hnojeadstojnik. I kožnaja ź ich ličyć siabie vartaj suśvietnaj uvahi, nie mienš. Što ž imi rušyć — usimi tymi juzierami, błohierami, chakierami, braŭzierami, aśkami, čatami? Ludźmi, jakija štodnia torkajuć palcami ŭ «kłavu» i jaduć vačyma dysplei? Ja zrazumieŭ i — navat nie pavieryŭ adrazu. Strach. Tak, moj mienšy brat. Jany ŭsie trymciać ad strachu, što praź niejki čas pryjdzie staraść i jany zhinuć biasśledna ŭ Suśviecie, u Kosmasie. Im treba niejak śćvierdzić siabie ŭ Viečnaści. Voś ja jem adnoj rukoj smačnuju padsmažanuju rybinu ŭ jakoj-niebudź kaviarni, pju kavu, a druhoj tyckaju ŭ noutbuk i tut ža zanatoŭvaju ŭ błozie: «ja jem rybinu, zirnicie, jak ja heta rablu», i zdymaju ŭsio i, nie marudziačy, vykładaju ŭ Sieciva. Cha-cha. Voś ja jaki — vialiki i značny…

A isteryčnaja praha da ŭsialakich uspaminaŭ, miemuaraŭ, dziońnikaŭ, zaciemak… Chto tolki ich nie piša, nie zahaniaje ŭ Sieciva: hienieralisimusy, maršały, hienierały, prastytutki, asienizatary, pop-zorki, achmistryni z atelaŭ, špijony, bandosy, chatnija haspadyni, santechniki, mańjaki, zabojcy, sparcmieny, działki i čort viedaje chto jašče. A ŭsialakija śpievaki, błazny, prytvorščyki, vyčvarency i duraplasy… Ad śviatła da śviatła ich žyćciaradasnyja da idyjatyzmu tvaryki milhajuć na ekranach. Jany ŭsio śpiavajuć i tańčać, tańčać i śpiavajuć, i kanca hetamu niabačna…

Kot zavurčeŭ. Znoŭ badnuŭ mužčynu ŭ tvar, i ŭściešany i zadavoleny, zadramaŭ.

Zapanavała praciahłaja paŭza. Mužčyna dumaŭ niešta svajo.

— Voś, — urešcie skazaŭ jon i, jak i raniej, usłych, — chutka i sonca zojdzie, a pa zachadzie sonca čałavieku zaŭsiody samotna. Asabliva, kali jon adzin. Nie vielmi mnie achvota tabie pra heta havaryć, varušyć nabalełaje, ale ž — bolš asabliva i niama kamu. Jak tamu čechaŭskamu dziadźku, što spaviadaŭsia kaniu. Ty, moj mienšy brat, viadoma, nie koń, ale ž razumieješ mianie nie horš. Dyk voś — čamu ja tut ašyvajusia i paluju razam z taboj na niejkich niaščasnych vierchavodak? A tamu, što ja mieŭ duraść adpuścić raniej žonku ź niejkaj turhrupaj, ale, pa sutnaści, adnu pa hrašovaj pucioŭcy. U Emiraty. Siabroŭki źjeździli, i joj zachaciełasia. Ciapier jana tam. Ale, jak paviedamiła dniami pa «skajpie» — nazaŭsiody. Heta pa-navukovamu nazyvajecca sielebryfilija: žadańnie seksu i ŭsiaho tam inšaha z bahataj znakamitaściu, albo ŭvohule ź jakim čužyncam. A ja tolki zvyčajny inžynier, prahramist. Zdarajecca, z ranicy da viečara — za kamputaram. Taksama dziaŭbu «kłavu». Niaŭdačnik. Nu, a jana ŭ mianie — varta pryznać — pryhožaja, peŭna, adna z tamtejšych znakamitaściaŭ na jaje i zapała. A moža i prosta jaki žyhała, ci sutenior. Djabał by ich tam pabraŭ: što im — svaich bab nie chapaje? Pajechać samomu tudy dy zavalić jaho? A hrošy, a stvoł? Nie palezieš ža ŭ samalot ź dziedavym drabavikom piaćdziasiat šostaha hoda minułaha stahodździa, jaki ciapier valajecca na antresolach? A babu — valić taksama? Jana ž, pa sutnaści, usiamu vinoj.

Mužčyna zamaŭčaŭ i zadumaŭsia. Jon uspomniŭ, jak pabačyŭ pieršy raz svaju budučuju žonku ŭ miascovym univiersamie, jak pačaŭ čaściej chadzić tudy, časam biez patreby, jak urešcie paznajomiŭsia z maładoj pradavačkaj, daŭhanohaj i samaŭpeŭnienaj. Jaje ŭpeŭnienaść u sabie, jak akazałasia, mieła padstavy: na konkursie pryhažuń hodam raniej jaje pryznali «Mis-horad». Jon i nie viedaŭ. I jak heta jon adrazu pavioŭsia na toj lalečny tvar, vialikija čornyja vočy, biełazubuju ŭśmiešku pažadlivych vusnaŭ i ŭsio takoje? Pryhožaja žonka — nie tvaja žonka, jak kažuć u narodzie. A była ž u jaho i niaviesta, dziaŭčyna, ź jakoj sustrakaŭsia dahetul, jakaja čakała, pakul jon adsłužyć u armii, i… — voś atrymałasia, što jon taksama zdradnik. Tak — zdradnik numar adzin. Tut, zusim niedarečy, mužčyna raptam pryhadaŭ, jak pa svajoj maładoj duraści, sustreŭšy na vulicy ci to kinutaha, ci to źbiehłaha sabaku — čystaparodnaha ratviejlera, pryvioŭ taho dadomu, a svajho dvarniahu addaŭ znajomamu. I jak toj, addany jamu dvarniažka, u jaho adsutnaść — byŭ na pracy — viarnuŭsia, prybieh zdalok sa švorkaj na šyi, a ratviejler zahryz jaho na padvorku.

Doŭhi čas jamu było ad taho niepamysna, i nabyty sabaka staŭ niby dakoram, pakul adnojčy nie źbieh ad jaho na haradskija vulicy śledam za sučkaj, dzie i byŭ zastreleny milicyjantami.

Mužčyna na proźvišča Mazur uźniaŭ hołaŭ i ŭhledzieŭsia ŭ dalečyniu. Huk matora pryciahnuŭ jaho ŭvahu. Ź vialikaj raki ŭ pratocy źjaviłasia niazhrabnaje płyvučaje ŭtvareńnie, jakoje jon užo bačyŭ tut adnojčy. Karabiel-restaran. Jak byccam nielha adpačyć dzie-niebudź u kaviarni ci ŭ narmalnaj restaracyi — z sučasnym tualetam, cichaj skrypačkaj u kucie? Tym bolš, kali ŭ ciabie zavialisia hrošy, — padumaŭ jon. — Ale ž, jak ciapier kažuć, pryhoža žyć nikomu nie zabaroniš.

Mužčyna adčuŭ razdražnieńnie. Jon ža chacieŭ pałavić rybu i na zachadzie sonca, adviačorkam. Mienavita tady, pierad ciemraj, u hałavu jamu lezuć usiakija zmročnyja dumki. A jak pačynaje sutonieć, dyk z hłybini možna padniać bujnuju płotku, padleščyka ci navat jakoha nie zusim adekvatnaha jazia ci hałaŭla. Adchilicca ad pakutlivych dumak… Vialikaja ryba ź bieraha, jak jon viedaŭ, brałasia tut redka, bo vadajom štučna zakarmili sami rybaki. Choć što jamu taja ryba? U chacie ž pusta, i rybinu niama kamu navat pačyścić. Žonka. Jana prosta nie mieła prava tak zrabić. Suka. Larva. A było ž u ich i kachańnie, i mary, i spadziavańni…

Mužčyna až skryhatnuŭ zubami i zastahnaŭ. Kot adrazu spružynista ŭskočyŭ na łapy i niaŭciamna zirnuŭ na jaho.

— Śpi, bratan, śpi, — supakoiŭ jaho inžynier Aleh Mazur. — Vy, našyja mienšyja braty, adzinyja, chto nie zdolnyja na padlanku. Pačynajučy ad maleńkaj ruplivaj pčały i zakančvajučy vializnym kitom. Tak-ta…

Karabiel-restaran «Zdań» miž tym nabliziŭsia amal da siaredziny vadajoma. Ruchavik na im zahłušyli, i adrazu pa vadzie raźnieślisia raźniavolenyja, uzbudžanyja hałasy, rohat i žanočy visk ź niepaźbiežnymi maciukami.

— Chi-chi-chi-cha-cha-cha-cha-cha!

Na «Zdani» pačałosia balavańnie. Lasnuŭ korak z butelki šampanskaha, nad vadoj papłyŭ pach smažanaha miasa. «Sorniery» pacirali dałoni, pažadliva jeli vačyma dzievak, roblena ŭśmichalisia, pierakidvalisia słovam-druhim pa-svojmu.

«Kapitan» siadzieŭ u mini-rubcy za pieraharodkaj, vypiŭ na darmaŭščynu šklanku vina i źjeŭ pieršy, sprobny šašłyk, jaki pieradaŭ jamu na šampury kuchar. Tvar apošniaha raz-poraz pierakošvała niarvovaja sutarha.

— Muzyku! — zakryčała raptam adna ź dzievak. — Ź Filipčykam! Abažaju Filu.

— Tak, tak! — padtrymali jaje inšyja.

Praź niejki čas (pierakručvali to adno, to druhoje) znajšłosia i «ź Filipčykam».

— «Ty nie słyšiš mienia!» — papłyŭ nad vadoj saładkavaty hołas rasiejskaha pop-śpievaka.

— «Ja nie słyšu tiebia!» — adkazvaŭ jamu žanočy, nie mienš saładkavaty.

Dziaŭčyna, što zamaŭlała muzyku, uskočyła z płastykavaha, prykručanaha da draŭlanaj pałuby kresła i pačała tańčyć, padpiavajučy i karcinna ŭzdymajučy aholenyja ruki. Joj niaščyra zaplaskali ŭ dałoni.

— Tost! — zakryčaŭ niechta. — Za dziaŭčat!

Vypili za dziaŭčat, za «kapitana». Toj-sioj naviedaŭ prybiralniu, ciesnuju, adnamiesnuju budku, jakaja znachodziłasia na karmie. Potym znoŭ pili, čakali šašłykoŭ. U vadu palacieli pieršyja pustyja plaški. Ich, a taksama nieprykmietna ssunuty ŭbok mabilnik adnaho z klijentaŭ, z prychavanaj asałodaj, vykinuŭ za bort kuchar. Urešcie «sorniery», niby zmoviŭšysia, zapatrabavali płyć da bieraha. Adpačyć krychu na ziamli, pačastavaca šašłykami, nu a potym, potym znoŭ nazad, — kazali jany.

— Nu, viedaju, što vam treba, — nieŭprykmiet źjedliva paśmichnuŭsia kucharu «kapitan», ale zapuściŭ ruchavik.

Sutonieła. Jarka čyrvonaha koleru soniečny dysk schiliŭsia nad dalahładam. Ad karmy «Zdani» pabiehli chvali, i sudna marudna rušyła da bieraha.

Mužčyna na proźvišča Mazur, jaki ŭžo daŭno ŭźniaŭsia na nohi i zakinuŭ bolšuju vudu na hłybiniu, z tryvožnaj niezadavolenaściu sačyŭ za tym, jak šumlivaja kampanija na nievialikim prahułačnym karabli płyvie da jaho. Była spadziavanka, što hetyja, jak jon ličyŭ, zanadta žyćcielubivyja duryki skirujuć kudy-niebudź u inšym napramku, ale viasioły płyvun uparta nabližaŭsia, i jon vyrašyŭ, što na siońnia, peŭna, chopić, pryjedzie siudy zaŭtra albo paźniej, i varta zmotvać vudy.

Ale z vudaj, jakuju jon zakinuŭ na hłybiniu, niespadziavana zdaryŭsia raptoŭny začep — peŭna jaki korč apynuŭsia la samaha bierahu, choć jon i mieciŭ kidać niedaloka, za travu. Škada było novaj žyłki i płaŭka, i mužčyna, jašče bolš razdražniajučysia, pačaŭ torhać vudaŭjom uvierch i ŭbaki, kab vyzvalić hačok. Ale toj ujeŭsia ŭ niabačnaha tapielca namiertva.

Na «Zdani» miž tym zahłušyli mator, uźniali jaho ŭhoru, i sudna pavoli ŭtknułasia nosam u plos. Vykinuli schodniki, i pieršymi na bierah z rohatam vyskačyli dziaŭčaty, za imi «sorniery» i dvoje miascovych — «kapitan» zastaŭsia na borcie. Toje, što niepažadanyja «turysty» byccam va ŭpor nie zaŭvažali jaho, jašče bolš uzvarjavała Mazura.

Viadoma, u dušy jon razumieŭ, što hetyja nachabnavatyja prychadni, jakija byccam znarok źjavilisia na jaho vočy — nie vinavatyja ŭ tym, što zdaryłasia ź im u apošni čas. Jon ničoha nie maje da ludziej inšych nacyjanalnaściaŭ, tolki niachaj pavodziać siabie prystojna. Dyj i što takoha niezvyčajnaha ŭ tym, što jaho ciapier ŭžo byłaja žonka nahledziełasia niejkich saładžavych kinošnych historyj dy telespoviadziaŭ šmatlikich pop-zorok i zachacieła pryhožaha žyćcia? Nie jana pieršaja i nie jana apošniaja. Hałoŭny vinavaty jon sam. Tak. Dzie byli jaho vočy, jaho hałava, kali jon, były desantnik, biŭsia za jaje ź niejkimi prybłatnionymi działkami, a potym braŭsia šlubam? A dojdzie ŭsio da susiedziaŭ? Da supracoŭnikaŭ ź ich biuro? I dojdzie ž, dojdzie abaviazkova. Ćfu! Voś i ciapier: niejkim durnavatym i raspusnym małaletkam zachaciełasia, jak kažuć, «adtapyrycca», niachaj by i tak, ale — nachabnaja biespakaranaść… Im tut što — prachadny dvor?

— Vam u hetym miescy — miodam namazana? — urešcie ŭ karotkaj paŭzie pamiž nadakučlivym chichikańniem dziaŭčat i raźniavolenym hierhietańniem čužyncaŭ hučna spytaŭ jon. — Dyk ja vas siudy nie vyklikaŭ!

Jaho nie tolki va ŭpor nie bačyli. Jaho nie čuli. Zatoje byccam ubačyli kata. Niechta z hikańniem špulnuŭ u taho źniatym z nahi pantoflem. Žyvioła adbiehła mietry na dva i spyniłasia, naściarožana ŭźniaŭšy vostryja, z kutasikami, vušy.

— Dy vy što, tupałobcy, zusim z raźby źjechali? — zakryčaŭ inžynier Aleh Mazur, jaki ŭžo hublaŭ nad saboj kantrol. — Vy što tvorycie? Tak, tak, ja da vas źviartajusia, i da vas taksama, «vendžanyja»! Vy što, chamujły, nabrydź — pryjechali tut svaje zakony ŭstaloŭvać? Padcirać smerki ab našy abrusy? Hadzić u našyja rečki?

Jaho narešcie pačuli. Usie ścichli, navat dziaŭčaty.

— Heta što za «pierac»? Adreahavaŭ pieršym čamuści nie chto-niebudź z tak zvanych «sornieraŭ», a kuchar. Tvar jaho pierasmyknuła.

— Ty nam, heta, adpačyvać nie pieraškadžaj, — čamuści z radasnaj uśmieškaj skazaŭ jon. — Bačyš, jak ich usich raźbiraje! — I kiŭnuŭ na klijentaŭ i ich dzievak.

— Ejš, zaśpiavaŭ, — padroblivajučysia pad błatnoha ździekliva zasipieŭ adzin z «miascovych», nabližajučysia da mužčyny dy niaŭmieła nahaniajučy strachu. — Ty chto taki? Što za panty? Hłochni, suka! A to adkažaš za bazar: žalaziaku na šyju i — na hłybiniu.

— Stop! Stop! — umiašaŭsia z borta «kapitan». — Navošta hnabić mužyka? Jon, baču, ź niepałachlivych. Plašku jamu, i niachaj dadomu kiruje! Budziem ščodrymi, cha-cha…

— Suń sabie tuju plašku viedaješ kudy?

— Nu, dyk pakul toje, spakujcie jaho, niachaj ścichnie i padumaje, kali jon dumać nie ŭmieje, — spachmurnieŭ i vykazaŭ prapanovu «kapitan».

Ale jon moh i nie praciahvać, bo na inžyniera Mazura ŭžo musili nakinucca dvoje «miascovych», ale toj užo i sam napaŭ na ich, źbiŭ adrazu adnaho z noh trapnym «łaŭ-kikam», druhomu paceliŭ u skivicu — toj uzvyŭ, i tut na jaho samoha napali ŭsie, akramia «kapitana» i, viadoma, dzievak (jakija bieśpierapynna viščeli), pavalili na ziamlu, pakačali i navat prykłalisia nahami: «Stop! — znoŭ zakryčaŭ «kapitan», — paśla čaho ŭsie ŭrešcie spynilisia.

— Šašłyki! — zapatrabavaŭ niechta s «sornieraŭ». — Kuchar! Dzie kuchar? Chałdej!

— Tak, tak! — padtrymała adna ź dziaŭčat. — I muzyku siudy!

— A voś siadzić kocik! Ty — adkul? — visknuła druhaja. — Dy vy zirnicie — jon i nie dumaje ŭciakać. Ty čyj, kocia? Jaki puchnaty!

Jana prysieła na kukiški i paciahnułasia da kata rukoj. Toj zašypieŭ i tarhanuŭ łapaj.

— Aj, jon mianie padrapaŭ! — zakryčała dziaŭčyna. — Voś i kroŭ, hladzicie! A kali jon šalony?

Mužčyna na proźvišča Mazur siadzieŭ na ziamli, raz-poraz imknučysia padniacca na nohi, ale jaho ŭsio jašče naściarožana pryciskali za plečy dvoje «miascovych». Ale nieŭzabavie pakinuli ŭ spakoi. Jak jon adčuvaŭ, na bolšaje jany nie ryzyknuć, nie toj raskład, ale…

Miž tym nieciarplivyja «sorniery» paciahnuli dziaŭčat, što viała im supraciŭlalisia, za kustoŭje, u travu. Adtul pačuŭsia visk, rohat, a potym nastupiła cišynia, ale ciahnułasia heta nie nadta doŭha; pakamiečanyja — adny za druhimi jany znoŭ źjavilisia la vady.

Kuchar, jaki syšoŭ było na bierah, znoŭ padniaŭsia pa schodnikach na pałubu, zasłaniŭsia śpinaj, źniaŭ z manhała niekalki šašłykoŭ na šampurach, staranna aplavaŭ kožny ź ich i panios na bierah.

— Heta vam za «chałdeja». — I ŭžo na bierazie zakryčaŭ: — Darahim haściam — samyja smačnyja!

— Mnie chto-niebudź palečyć ruku? — znoŭ zajenčyła dziaŭčyna, jakaja raniej niaŭdała zacikaviłsia katom. Šalenstvam možna zarazicca. Dzie hety kaciara? A-a, vuń jon, had, siadzić, nie adychodzić…

— Nie baisia, kvietačka ty naša, zaraz harełkaj pradezienfikujem, — niaščyra pačaŭ supakojvać adzin z «sornieraŭ» — toj, chto «apiekavaŭ» jaje. — Dzie harełka? Chałdej!

Sonca, miž tym, zajšło, i cieni nad ziamloj zhuścilisia i papaŭźli pa vadzie.

«Kapitan» spuściŭsia na bierah, padyšoŭ da mužčyny, jaki, ścisnuŭšy skivicy, skamianieła hladzieŭ u dalečyniu, i spytaŭ:

— Nu, što zasumavaŭ? Damoŭ — nie para? Dy ty nie sadzisia na kryŭdu, sam vinavaty.

— Badaj što i praŭda pajedu, — raptam paśla niepraciahłaha rozdumu zhadziŭsia mužčyna na proźvišča Mazur.

— Nu dyk i pravilnaje rašeńnie, — z palohkaj uzdychnuŭ «kapitan» i dadaŭ «miascovym»:

— Vudy jamu viarnicie, kab usio pa-časnaku! Dy nalejcie šklanku.

Prynieśli vudy. Inžynier Aleh Mazur sunuŭ ich u čachoł, pierakinuŭ jaho za śpinu, hrebliva adchiliŭ harełku, sieŭ na rovar, zatrymaŭsia raptam, ubačyŭšy kata, jaki pa-raniejšamu niarvova biehaŭ pobač, i — nacisnuŭ na piedali.

Praź jakuju hadzinu mužčyna na proźvišča Mazur užo viartaŭsia nazad. Jon śpiašaŭsia, i tamu štosiły naciskaŭ na piedali. Pierasiok balšak ź biaskoncym patokam mašyn i zbočyŭ, urešcie, na darohu da vadajoma. Na šmatlikich kalužynach jaho tresła, i tady jon adčuvaŭ bol u hrudziach. Trapili, peŭna, i pa rebrach, — zmročna

dumaŭ jon.

Amal ściamnieła, ale pramień śviatła ad fary, jakuju jon abačliva ŭstalavaŭ ź miesiac raniej na rul, dobra aśviatlaŭ vuzkuju ściažynku. Urešcie jon nabliziŭsia da miesca, dzie łaviŭ vierchavodak, a paśla pakinuŭ balavać płavučuju kampaniju prychadniaŭ, i ciapier, jašče nie dajechaŭšy, pabačyŭ, što «Zdań» užo znoŭ adpłyŭ amal na siaredzinu vialikaj vady. Na aśvietlenaj visiačym lichtarom pałubie, peŭna, pa-raniejšamu śviatkavali, bo adtul hučała muzyka, danosiłasia hierhietańnie «sornieraŭ», viasiołyja hałasy dziaŭčat dy znajomy praniźlivy rohat adnoj ź ich.

— Cha-cha-cha-chi-chi-chi-chi!

Mužčyna saskočyŭ z rovara, i raptam u śviatle jašče nie zhasłaj fary ŭbačyŭ na piasku šery kamiak. Na jakuju siekundu ŭ jaho pierachapiła dychańnie, i jon padumaŭ: «Nie moža być», ale, uklenčyŭšy, užo zrazumieŭ, što błahoje pradčuvańnie nie padmanuła.

Cielca kata ź pierasiečanaj šyjaj skurčyłasia pierad im na ziamli. Jaho «mienšy brat», łaviec vierchavodak, byŭ miortvy.

— Nu, dyk tym bolš… Ad šrotu nie pamrecie…

Mužčyna na jaki mih źnieruchomieŭ, a potym byccam zusim supakoiŭsia, ryŭkom uźniaŭsia na nohi, pierakinuŭ z-za śpiny ciažkavaty skrutak, vyciahnuŭ adtul dvuchstvolny kurkovy drabavik, pierałamiŭ stvały, vytras z sumki niekalki patronaŭ i zaradziŭ adrazu dvuma. Jon padyšoŭ usutyč da vady, uskinuŭ rulu, pryceliŭsia i nacisnuŭ na kurok, potym na druhi.

Streły zahłušyli ŭsie inšyja huki i recham prakacilisia nad vadajomam. Adrazu za imi z borta prahułačnaha sudna pačuŭsia isteryčny visk i niaŭciamnyja, spanikavanyja hałasy.

Mužčyna vykinuŭ pad nohi hilzy, znoŭ zaradziŭ drabavik i znoŭ nacisnuŭ na abodva kurki razam. Prykłád addačaj tarhanuŭ jamu ŭ plačo.

Čarhovy zarad peŭna trapiŭ u lichtar na pałubie, bo toj z treskam łopnuŭ i rassypaŭsia. Na «Zdani» stała ciomna.

— Ratujcie! — zaviščeŭ adtul žanočy hołas, — zabivajuć!

— Milicyju! Mabiłu siudy! Chutčej!

— Aj, aj, u mianie trapiła!

— Nie stralaj! Chto tam stralaje?

— Chavajciesia!

— Mabiła! Dzie maja mabiła?!

Čałaviek na proźvišča Mazur vykinuŭ na piasok čarhovyja dźvie hilzy, znoŭ zaradziŭ drabavik. Uskinuŭ rulu na ciomnaha płyvučaha siłueta i znoŭ nacisnuŭ na kurki.

Na sudnie zaroŭ mator.

Mužčyna pamacaŭ u sumcy. Patronaŭ bolš nie było. Paśla čaho razmachnuŭsia i zakinuŭ drabavik u vadu, sabraŭ z-pad noh hilzy i kinuŭ śledam.

Niejki čas jon maŭkliva pastajaŭ na bierazie, a potym znajšoŭ nieruchomaje cielca, rasšpiliŭ kašulu i zapichnuŭ kata, jašče ciopłaha, za pazuchu.

Usiu darohu, pakul jechaŭ, jon adčuvaŭ hetu pavoli źnikajučuju ciepłyniu i dumaŭ pra žyviołu i siabie: «Nu voś, chutka i budziem z taboj doma. Jak abiacaŭ».

Kamientary36

Ciapier čytajuć

Aryštavany 75‑hadovy Źmicier Sańko — vieteran-vydaviec3

Aryštavany 75‑hadovy Źmicier Sańko — vieteran-vydaviec

Usie naviny →
Usie naviny

Minčuku patelefanavali ašukancy, a jon ich davioŭ. Dajcie heta pasłuchać svaim blizkim18

U Minsku zaćviŭ pieršy ciulpan

«Raspłakaŭsia i pačaŭ prasić prabačeńnia». Žychar Vilni raskazaŭ, jak złaviŭ 14‑hadovaha padletka, jaki pisaŭ «Vilnia naša»30

Maci biełarusa, jaki vajavaŭ suprać Ukrainy i byŭ aryštavany ŭ Biełarusi za zdradu dziaržavie, zapisała videa da Łukašenki9

U vioscy pad Łojevam na aharod śpikiravaŭ dron

Učora «Brama Minska» ledź nie papłyła pa dziŭnaj pryčynie

Zabirali pašparty i prymušali vadzić aŭtobusy. U Polščy raskryli złačynnuju hrupu, siarod paciarpiełych — biełarusy1

Kolki bojeprypasaŭ vypuścili ZŠA i ich sajuźniki ŭ Iranie — Ukraina tolki zajzdrościć6

Kučynski: Vizit Cichanoŭskaj va Ukrainu adbudziecca ŭ chutkim časie2

bolš čytanych navin
bolš łajkanych navin

Aryštavany 75‑hadovy Źmicier Sańko — vieteran-vydaviec3

Aryštavany 75‑hadovy Źmicier Sańko — vieteran-vydaviec

Hałoŭnaje
Usie naviny →

Zaŭvaha:

 

 

 

 

Zakryć Paviedamić