Čajki nad apelsynavymi dachami
Paralonavy śnieh
Ličycca, što zimka ŭ Tulonie doŭžycca ad 21 śniežnia da 21 sakavika. Adnak maje biełaruskija vočy hetaj pary hodu na poŭdni Francyi nie zaŭvažyli. Im padałosia, što tutaka vosień prosta pieratvarajecca ŭ viasnu. U śniežni jašče tančać u śviežaści błakitnaha pavietra miortvyja listy, što kładucca na źmiejavistyja chodniki j raz-poraz niezadavolena burčać pad ciažaram čałaviečych botaŭ. U studzieni listoŭ mienieje, ale dzie-nidzie ich možna sustreć. U lutym pačynajuć kvitnieć mimozy. Žoŭtyja hronki ŭśmichajucca vietłaj vyšyni niabiosaŭ, a vodar sałodka kazyča cikaŭnyja nasy.
Kali na Kalady śniehu niama, jaho treba stvaryć. Letaś chvojki, pryviezienyja ź lesu, absypali štučnym paralonavym śnieham i ŭstalavali na placy Voli pobač z maŭklivymi palmami. Tak i maŭčali jany razam siarod tłumu i ahieńčykaŭ ludzkoha śviata. Dzivosnym było toje niepraciahłaje susiedztva.
Sioleta na Dzień Voli ŭ Tulonie raspuściŭsia bez.
“Bonjour!”
U Francyi pryniata zdaroŭkacca z handlarkami, kiroŭcami aŭtobusaŭ, navat z vypadkovymi minakami. Nieznajomyja ludzi šmat razoŭ na dzień kažuć adno adnamu “Bonjour!”. Ja časta kuplaju chrumstkija bahiety ŭ kramie la samaj chaty, siadaju ŭ aŭtobus pryblizna ŭ adzin i toj samy čas. Ja viedaju handlarku, čornavałosuju kabietu ŭ akularach, i jejnuju darosłuju dačku, što časam dapamahaje maci; ja viedaju kiroŭcu aŭtobusa. Lubimyja banany i jabłyki na najbližejšym kirmašy ja kuplaju ŭ adnych i tych samych handlaroŭ. Koła znajomstvaŭ, zvyčnaści achutvaje šalem utulnaści.
Fantany
Ich, biezumoŭna, nia tak šmat, jak u Rymie. I nie takija jany vialikija. Inakš nie źmiaścilisia b u ciesnych skryžavańniach vuzkich vułak. Ścipłyja, niehavarkija, z strumieniami pitnoj vady. Nichto nia kormić ich manetkami, zahadvajučy žadańni... Lublu razmovu fantanaŭ pad šept daždžu.
Śviata vina
U centry horadu zredčas ładziacca śviatočnyja imprezy, pryśviečanyja to šanavańniu vina, to sustrečy viasny — niaciažka znajści pryčynu dla sumiesnaha humoru. Padčas Hiełoŭinu la budynkaŭ lotali pryhožyja viadźmarki ŭ daŭhanosych čornych kapielušach i spakojna prahulvalisia pad pozirkam poŭni kryvažernyja śmiešnyja vampiryki. Niekalki napaŭhołych žanhloraŭ aśviatlali tvary začaravanych raziavakaŭ ahniavymi kiehlami.
Śviata vina doŭžyłasia try dni. Zadavoleny Vakch pavolna ruchaŭsia la fantanaŭ i kramaŭ viarchom na ahromnistaj bočcy, usim ščyra paśmichajučysia. Jahonyja šanavalniki maršavali zzadu pad niesucišny hrukat bubnaŭ. Išoŭ doždž z roznakalarovych kavałkaŭ papiery, što błytalisia ŭ vałasach uśmiešlivych minakoŭ. Pa-dziciačy radasna, pa-dziciačy pryjemna pabyć udzielnikam niečakanaha śviata i “zmoknuć” pad daždžom z kanfeci.
Čajki na lichtarach
Na schilenych hałovach miadova-šklanych lichtaroŭ zastyli postaci biełakryłych čajek. Śpiarša zdajecca, što heta niežyvyja cacki, jakija ŭpryhožvajuć interjer horadu. Ale čas ad času niejkaja ź ich raptam pračynajecca i pačynaje ŭzdymacca ŭ cichuju soniečnuju vyšyniu. Dumkami ty razam ź joj dakranaješsia da biazvažkich abrysaŭ vałacužnych abłokaŭ. Unačy hetyja ptuški tryvožna ŭskrykvajuć i viartajuć tvoj čovien z mora mrojaŭ da ŭźbiarežža rečaisnaści. Ty śpiš u horadzie, dzie žyvuć čajki.
Moda na pałosy
Pa Tulonie snoŭdaje mnostva pałasatych ludziej. Adny apranajuć pałasatyja majki, inšyja — pałasatyja nahavicy ci spadnicy. Kabiety, mužčyny, dzieci, staryja i h.d. Navat ja stałasia krychu pałasataj, kali ŭ Dzień narodzinaŭ atrymała ŭ padarunak biełuju bluzku ŭ kremavuju pałosku.
Asłema!
“Asłema” pa-arabsku — pryvitańnie. Na poŭdni Francyi havorku imihrantaŭ z Tunisu, Alžyru časam čuvać čaściej za francuskuju. Na medahladzie dla atrymańnia dazvołu na znachodžańnie ŭ Francyi ja była adzinaj eŭrapiejkaj. Jašče było kolki murynaŭ, para vuzkavokich karejcaŭ i niekalki byłych žycharoŭ paŭnočnaj Afryki.
Sny mora
U mory, jak nidzie, šmat snoŭ. Jany chavajucca ŭ hłybini i ŭ daloka-niedasiažnaj linii, za jakoj patanajuć pryvidy nieba. Chvali śpiašajucca zrušyć kamiani, pieratvarajucca ŭ biełuju pienu… Bolšaść pryhožych snoŭ taksama stajecca pienaj… Ja naziraju, ja ŭdychaju, ja nie chaču padymacca i niekudy iści. Ja chaču jašče troški pabłukać pa niaŭrymślivych chvalach.
Hvaździki vučacca płavać
Da chałodnaj vady nablizilisia try kabiety i dva mužčyny, padaryli moru niekalki ružovych i čyrvonych hvaździkoŭ, pastajali paru chvilinaŭ, nazirajučy, jak tyja pavolna addalalisia ad bieraha, i syšli…
Zachad i zvon
Chałodnaje pamarančavaje sonca śpiašajecca patanuć i sahrecca va ŭraŭnavažanaści Mižziemnamorja. Nieba ledź strymlivajecca ad rohatu: jaho kazyčuć sotni niespakojnych ptušaniatak. Čujecca nizki hołas zvona, što taksama śpiavaje viečarovuju kałychanku.
Padaŭžeńnie ahnioŭ
Viečarovy marski viecier hładzić aholenyja ruki i nohi. Srebna-žoŭtyja ahni damoŭ padaŭžajucca ŭ ciemry vady. Karabli i čaŭny ścišylisia ŭ čakańni zaŭtrašniaha zmahańnia z chvalami. Za stolikami prybiarežnych kaviarniaŭ zapalvajuć śviečki.
Imža i zefir
Čakajučy aŭtobus na biaźludnym prypynku ŭ imžystym sutońni horadu, zhadvaju smak śviežaha zefiru ŭ čakaladzie... što rastaje ŭ rocie…
Z hary Faron
Učora ŭźlezła na haru Faron pahladzieć panaramu Tulonu i vakolicaŭ. Zusim nieruchomaje mora nia dychała i nie šalaścieła. Zdavałasia, što jano zroblenaje z hliny i kamianioŭ, a karabiel patrapiŭ u kamiennuju pastku. Na dachach asieła pienka lohkaha ružovaha tumanu. Ja na krai skały. Za niekalki santymetraŭ ad mianie skančałasia ziamla, nie było bolš ničoha. Usiaho adzin nievialički krok. Nieaściarožny ci naadvarot — krok, što vymaloŭvaŭsia ŭ adzinocie dumak. I ŭsio. Najpryhažejšy krajavid unizie zastaniecca niaźmiennym, kamiennym, maŭklivym. Pad promniami sonca, što važać na vobłačnych šalach dabro i zło stomlenaha dnia.
Mnie chałodna stajać la kraju, za jakim pačynajecca čałaviečaje ništo.
Krakadził i braty-franciškancy
Pajšoŭ doždž, jon pryhłušyŭ kolery. Mnie ŭspaminajecca vandroŭka na haru Maŭraŭ. Spačatku ja dumała, što heta hara Pamierłych, bo pa-francusku maŭry adroźnivajucca ad niabožčykaŭ tolki stupieńniu zakrytaści adnaho hałosnaha huku i hučać padobna. Adpaviedna, ja ŭjaŭlała sabie łysuju haru, dzie błukajuć niespakojnyja dušy i dzie ŭnačy jany materyjalizujucca ŭ biełyja vysokija zdani. Na samaj viaršyni my zajšli ŭ biedna azdoblenuju malelniu. Dva šerahi draŭlanych łavak, statuetka Maryi, para mylic na ścienach i… doŭhi krakadził, padviešany da stoli. Uźnikała ŭražańnie, što jon lacieŭ u napramku Božaj Maci. Śpiavali braty-franciškancy ŭ fijaletavych sutanach z kapielušami. Žyvuć tut upiacioch (nia ličačy krakadziła) užo niekalki miesiacaŭ. Štodnia molacca, štodnia słuchajuć viecier, sprabujuć dakranucca da abłokaŭ, abdymajuć šyroki dalahlad. Ciapier heta ichny kutočak uciokaŭ ad sumiatni — raniej jon naležaŭ maŭram.
La kramy “LaFayette”
Raniej ja jaho sustrakała čaściej. La ŭvachodu ŭ padjezd ci la kramy “LaFayette”. U jaho — śvietłyja vałasy, dastatkova doŭhija, kab ź ich spleści dziciačyja koski. U sabaki śvietłaja poŭść, maleńkija vuški i stomleny pozirk. Časam chłopiec žanhluje čyrvonymi jabłykami, a kali jabłykaŭ niama, letucienna siadzić na hołym chodniku.
La kniharni “Karł Vialiki”
Bačyła ja jaho ŭsiaho adnojčy. Vyrašyła zajści ŭ kniharniu “Charlemagne”, kab nabyć paru ručak dla ispytaŭ (u Francyi za 2 hadziny treba śpisać 6—7 doŭhich arkušaŭ). Uvachod zaściŭ čałaviek u kaściumie błazna, z rumianami na ščokach, čyrvonym nosam i… litrovaj butelkaj fanty na hałavie, kryšačku adpitaj. Jon varočaŭsia ŭprava i ŭleva, uhladajučysia ŭ vočy mituślivych haradžanaŭ, pakazvaŭ svaju raskrytuju dałoń i, kali linii losu nie prykryvalisia chałodnymi manetkami, pytaŭsia: “Pourquoi?” (Čamu?)
U kancy tunelu
Uviečary ŭ paniadziełki ja chadžu ŭ kanservatoryju na ŭroki arfy sa svajoj maleńkaj siabroŭkaj Salamejaj. Adzinaja daroha — praz vuzki tunel pad čyhunkaj, u kancy jakoha vysicca chudaja postać žabraka. Prychilenaja da ściany. Z praciahnutaj rukoj, što čakaje hrošaj (raniej — frankaŭ, ciapier — “eŭrykaŭ”). Z vačyma, u jakich niama pošukaŭ spačuvańnia, tolki adčaj. Kali da jaho nabližaješsia, jon vitajecca, kaža: “Bonjour, Madame”, prosić (chutčej, patrabuje) manetak (petites piéces). Kali ty nie spyniaješsia, prachodziš mima, jon kryčyć uśled łajanku, paŭchviliny ci bolej — uvieś čas, što ty ŭ poli jahonaha zroku. Kali chočaš navučycca francuskaj łajancy, prychodź u Tulonski tunel. Spačatku my dumali, što honar čuć niepryjemnyja słovy majem tolki my. Prydumlali roznyja plany pomsty: u Salamei była ideja namalavać na papiery 10 frankaŭ i dać žabraku. My napisali doŭhi arkuš vyrazaŭ i słovaŭ, jakija žadali b jamu skazać... Paśla vyśvietliłasia, što inšych minakoŭ chudy spadar taksama nie abychodzić svajoj uvahaj. Ciapier dva razy na tydzień my idziom na spatkańnie ŭ vuzki tunel. Salameja, jak zaŭždy, z rovaram, ja — z samakatam. Kali žabraka niama na “pracoŭnym miescy”, my chvalujemsia, ci nie zachvareŭ jon. Mo śpić, mo biehaje pa kramach — kožnaja z nas pa-svojmu tłumačyć jahonuju adsutnaść.
Horad sabak
Być sabakam u Tulonie lepiej, čym u Miensku. Tut soniejka, ciepłynia; pobač mora, u chvalach jakoha možna vykupacca. I samaje hałoŭnaje — tut jość achvotnyja ciabie prytulić. Praŭda, jany marać apranuć na ciabie ašyjnik, što niepryjemna abmiažuje tvaju svabodu. Adnak nia treba vyć ab stračanaj voli: naŭzamien ty nakormleny, maješ ludzki dach nad hałavoj, narešcie, ty — haradžanin. Vyhulvajučy francuzaŭ u subotu-niadzielku, tabie dazvolena peckać jakija chočaš chodniki! (Za što tabie vielmi ŭdziačnyja prybiralniki, bo jany zaŭždy majuć pracu.) Čystyja chodniki vyklikajuć u maleńkich dzietak ździŭleńnie: jany šyroka raspluščvajuć vočki, šukajučy toje, što zvyklisia bačyć. Tak što bienvenu ŭ Tulon!
Staryja madam
Ich šmat. Jany dobra apranutyja, nievysokija i nia duža havarkija. Mnohija kirujuć aŭtamabilami i dałučajucca da adzinoty, što panuje ŭ aŭtamabilnych čerhach. Inšyja addajuć pieravahu biełaskurym aŭtobusam, i apoŭdni ich zaŭždy bolej, čym uviečary. Łavak la vysokich žyłych budynkaŭ tut nie isnuje, tamu staryja źbirajucca paplatkaryć za stolikami ŭźbiarežnych kaviarniaŭ, pavažna papivajučy kavu ź sinich kubačkaŭ.
Krajavid trochkutnikaŭ
Pad brukavankaj haračych abłokaŭ trapiečuć trochkutniki zaspanych vietraziaŭ.
Siadžu z vudaj, čakajučy hałodnaj ryby. Spadziajusia, adnojčy jana prypłyvie. Nie praz chvilinu, dyk praz hadzinu. Mo ŭvohule nia siońnia. Ale mnie pryjemna čakać u niaźmienlivym krajavidzie trochkutnikaŭ. Praz škło vady ŭzirajusia ŭ maleńkija čarodki, što mitusiacca la samaha bierahu. Zredku čuju kryki: hihanckija čajki lubujucca svajoj pryhažościu ŭ lustry ścišanaha mora.
Sabor i bializna
Kožnaja reč patrabuje peŭnaj prastory i peŭnaha asiarodku. U Tulonie prastory nie staje, i niespałučalnyja rečy časam susiedziać. Nasuprać katedralnaha saboru zichaciać vitryny z žanočaj bializnaj. Sama katedra — u viaźnicy čarapičnahałovych chudych budynkaŭ.
Horad
Tulon… Horad biełych karabloŭ i partovych kaviarniaŭ; ružovaha sonca, što śpiašajecca zasnuć za harbataj łysaj haroj pad śpieŭ marskoj kałychanki chałodnymi zialona-biełymi chvalami. Horad vajskovych marakoŭ, prystanak paŭnočnaafrykanskich imihrantaŭ i vypadkovych turystaŭ, jak ja. Horad, dzie nad apelsynavymi čarapičnymi dachami hučyć zaŭždy ŭraŭnavažany hołas mora.
Volha Kołas
Kamientary