Śviežaje apaviadańnie źmiaščaje na svaim błohu Siarhiej Astraviec.
Mora z akna ciahnika surovaje, śviežaje, raźlehłaje: piena, chvali, čajki, bakłany, dalahlad, la samaha skraju litaralna jechali zdajecca, ź levaha boku hory, niezvyčajna, drevy-kiparysy i ŭsio čaściej palmy spatykalisia, bo ciahnik išoŭ dakładna na poŭdzień uzdoŭž chałodnaha jašče mora, potym adchiŭsia ŭ hory. My jechali skroź ich, bačyli vadaspady, nikoli bolej ja nie jeździŭ na ciahniku ŭ hornych tunelach. Voś tak apynucca ŭ admietnych miaścinach, tolki z domu, zdajecca čaj piŭ niadaŭna, dla mianie heta było novym. Vyjšaŭ z samalota, sieŭ na ciahnik, dajechaŭ paźniej da Samtredzi, adbyvałasia jak u kino ŭsio. U Samtredzi pierasadka, treba było čakać i ad Samtredzi zastaŭsia asadak niepryjemny.
U Samtredzi zazirnuŭ na stancyi ŭ bufiet pierakusić. Tam harmidar, usie havorać adrazu, antysanitaryja. Pierada mnoj biare ź misy na pryłaŭku hryb salony, adkusiŭ, skryviŭsia, plaś nazad, žach prosta! Adrazu jeści raschaciełasia amal. Padychodzić čarha, jon kładzie na šmatok haziety brudnaj čaburek nieapietytnaha vyhladu, a na stoliku brudna, muchi poŭzajuć, ja azirnuŭsia. Admoviŭsia płacić, jon tam pačaŭ niezadavolena štoś pa-svojmu bubnieć, a ja ŭ formie svajoj lotnaj, a kab nie ŭ formie? Słovam, niepryjemna heta ŭraziła, trapiŭ u pryhožy kraj, ale da inšych ludziej, u inšy, možna skazać, śviet i prysmak zastaŭsia niadobry. Ad Samtredzi ciahnik rušyŭ nasustrač moru.
My žyli ŭ sanatoryi, dzie niekali suvoraŭskaje vučylišča raźmiaščałasia, nad moram. Tam kafe pracavała z terasaj, idzieš rankam, jany za stolikami siadziać, miascovyja, viartaješsia ŭviečary, jak siadzieli, tak siadziać, tolki bravirujuć, adčuvajecca, ličbaj butelek pustych z-pad vina. My ŭ nieparazumieńni: kali jany pracujuć? Praŭda, z adnym paznajomilisia, kaža: chadziemcie pakažu, jak ja žyvu, nu, a rabić niama čaho, dobra, chadziem, nas troch było, dy jon, pavioŭ uvierch u hory, ściažyna ŭzdoŭž ciaśniny, hłyboka — rečka. Jon tam napieradzie štoś havoryć, a sutońnie, viečareła, adzin z nas ledź nie astupiŭsia, my za łokać schapili. Maleńkaje zdareńnie ŭ darozie, karaciej, ale chutka pryjšli, jon pakazvaje rukoj — heta moj dom i moj sad i haraž pad domam, a heta — dom majho syna, taksama z haražom, i sad jahony. My staim hladzim: damy pa dva-try pavierchi, sad hiektaraŭ na dvaccać mabyć, mandarynavyja dreŭcy. U nas takoha blizka nie było, a mašyna lehkavaja jašče redkaściu była, a jon jašče ŭ haraž pavioŭ, a tam “ZiM” čorny ministerski, nie aby što. Adčuvałasia, što choča nas urazić. My takija ździŭlenyja spytali ŭ jaho, pamiataju: a dzie ž tady kałhasnyja sady? A jon tak niadbajna machnuŭ kudyś u hory rukoj. Nu, dobra, sieli za stoł na druhim paviersie, jon vina naliŭ svajho sobskaha, žonka tolki moŭčki padavała, za stoł nie zaprašaŭ. Dla nas heta dziŭna było. U ich tam svaje tradycyi.
Na terytoryi sanatoryja budka była z napojami i vinom, pradavaŭ chłopiec viasioły taki, na chałacie biełym na hrudziach imia vyšyta było — “Arciom”. Na tancy chadzili, adna była dziaŭčyna duža simpatyčnaja, ź Sibiry samaj pryjechała ŭ sanatoryj, mnie jašče padumałasia: heta kolki ž dzion jana dabirałasia? Dyk my ź joj tancavać stali, miascovyja ŭsio zyrkali, potym, jašče nie zakončyłasia muzyka, vychapili z maich ruk, pačali kružyć, adzin druhomu pieradajučy. I što ty im zrobiš? Usio tam u ich vyhladała krychu dziŭna. Tady jašče nie kupalisia, ale na plažy ŭ valejboł hulali, i ŭsio adzin łysy ź miačom, bačna, što niaruski, i ŭ sanatoryi nie žyvie, a ceły čas na plažy, dyk my pytajemsia: chto heta? A nam: kałhaśnik miascovy. Kałhaśnik? Kałhaśnik, naniaŭ za siabie čałavieka, a sam adpačyvaje. Voś takija dzivosy.
Tak supała, našaja kamanda “Uradžaj” pryjazdžała na matč, my vyrašyli schadzić utroch, adzin taksama sa stalicy byŭ, druhi ŭ nas vajavaŭ, partyzaniŭ. I što my bačym? Kasa — budka maleńkaja, vakoł — natoŭp, usie adnačasova štoś razdražniona vyhukajuć, spračajucca, lezuć, šturchajuć adzin adnaho. Što rabić? Bačym: blizka kasy sałdacik apynuŭsia, my jamu hrošy pieradali i padapchnuli siak-tak, jon žmieniu z rubloŭkami ŭ akienca praciahvaje, a jany z usich bakoŭ schapili i vyšturchnuli jaho. Staim biazradnyja. A pobač na stadyjon uvachod achoŭvaje cełaja hurma milicyi. A nam dziŭna: nichto ž biez kvitka mima nie praśliźnie, usio pa čarzie, pa paradku, a kala kasy — vakchanalija, tolki jany spakojna nazirajuć, nie reahujuć. Nu, my im i skazali ab hetym. A tam jašče prachodziŭ marak, kapitan treciaha ranhu, nie viedaju, ci žurnalist, ci redaktar, ale ŭsio bačyŭ, jak nam nie ŭdałosia, i milicyjanieram skazaŭ, što prapiša ich u haziecie, moža ŭ svajoj fłockaj, nie viedaju. Adnak tam akazaŭsia ichni načalnik usioj milicyi, pakumiekaŭ napeŭna, i nas dahnali i prapuścili biaspłatna. Matč byŭ cikavy, ale što rabiłasia! Nie futboł, a kirmaš, verchał, sucelny roŭ. Našy jašče małojcy, zdoleli paru miačoŭ zabić u takoj abstanoŭcy niespryjalnaj, dzikunskaj niejkaj. Ujaŭlaju, kab ichnija raptam prajhrali, tam by ŭvieś stadyjon źniščyli mabyć. My adčuvali siabie jak nie ŭ svajoj talercy, ale staralisia našych padtrymlivać choć niejk.
Bolš ja tudy nie jeździŭ nikoli, ale ad tavaryšaŭ čuŭ vodhuki admoŭnyja. Adzin, kaža, adpačyvaŭ u sanatoryi, hladžu mandaryny pradajuć, staŭ staju. A baču ŭsio biez čarhi padychodziać i kuplajuć, adzin, druhi, treci, ja nie vytrymaŭ: što heta takoje, tut čarha, žančyny, pierada mnoj niekalki čałaviek?! A jon tak zirnuŭ skosa: jaki žančyna, navošta žančyna, nie treba žančyna?! Žančyna ŭ ich nie čałaviek była, nie viedaju, ci pamianiałasia ciapier štości. I pradaviec, adčuvajecca, na jaho baku, ja plunuŭ dy pajšoŭ, nie chaču vašych takich mandarynaŭ. I samaje hałoŭnaje: ichnija žančyny, ja za ich zastupajusia, atrymlivajecca, a jany maŭčać, nijakaj reakcyi, byccam ich nie datyčyć.
Takija vodhuki nie raz davodziłasia čuć. Inšy stajaŭ u čarzie ŭ kramie, taja ž historyja: lezuć bieź nijakich praviłaŭ napierad, jon zrabiŭ zaŭvahu, toj jamu — “a ty što, nie mužčyna, za spadnicami stajać rachmana?!” “Heta jon mnie, aficeru!” Jechaŭ zatym u aŭtobusie, pieradaje žančyna na bilet hrošy, sama słavianskaha vyhladu, jon pieradaŭ tudy-nazad, ale jana pytajecca: a rešta? Jon da bilecioršy i havoryć: a dzie rešta, maŭlaŭ? A jana na ŭvieś aŭtobus, kab čym hučniej — “iaki nachabnik, ja jamu bilet dała, a jon jašče rešty patrabuje!” Karaciej, zabraŭ jon u sanatoryi miedyčnuju kartu i źjechaŭ, nie dabyŭšy, spyniŭsia ŭ Adlery ŭ pryvatnym siektary na kolki dzion, kab sapraŭdy adpačyć. Nie treba i vina ichniaha! Miascovaje nie horš…
Vučyŭsia ja potym u akademii, dyk u nas usie pa čałavieku-dva — i jakuty, i čukčy vučylisia zdajecca. A hetych chłopcaŭ čałavieki čatyry, pa-mojmu, asobny pakoj zajmali i pavodzilisia vielmi hanarliva, pamiataju. U nas navat hutarka niejk uźnikła z vykładčykam, my pytajemsia: navošta ich uvohule biaruć? Čamu takija fanaberlivyja, što jany — ź inšaha ciesta? A jon havoryć: ja vas razumieju, ale ž kadry nacyjanalnyja treba rychtavać, nikudy nie dzieniešsia, vy ž tudy nie pajedziecie słužyć, praŭda? Nie, nie pajedziem…
Jany jašče źviartali ŭvahu byccam śpiecyjalna, što pastajanna atrymlivali bočački sa śpirtam kańjačnym dy ź vinom svaim. U ich naładžana było jak hadzińnik: telefanujuć, damaŭlajucca, ciahnik pramy chadziŭ, biaruć taksoŭku na vakzał, zabirajuć poŭnyja baryłki, addajuć pustyja, i tak rehularna. I nikoha asabliva pa-mojmu nie častavali, trymalisia adasoblena, my časam sami z pałučki pojdziem u restaran, voźmiem butelku kańjaku na dvaich. Pustyja baryłki svaje stavili jany sušyć navidavoku, na padakońni, vokny viečna rasčyniać. Chłopcaŭ heta razdražniała, zojduć pakuryć, dyk adnojčy chtości skinuŭ ichnija bočki za akno. Słovam, takaja historyja zdaryłasia. Tak što, ščyra kažučy, što vajaki ź ich akazalisia nijakija, mianie heta nie ździŭlaje.
Kamientary